główna       podróże       galeria       drogi       fotoblog       o mnie       kontakt



'ktoś musi kontynuować jego dzieło'

w styczniu, ponad miesiac po powrocie z anglii wciaz siedzialem w warszawie. i nic nie zapowiadalo, ze mialbym sie przeniesc gdzies indziej, z kazdym dniem utwierdzalem sie w przekonaniu, ze jestem we wlasciwym miejscu. ze wzgledu na pore roku niespecjalnie tez mialem ochote sie gdziekolwiek ruszac. nawet gdy przysnil sie mi widok z wysokiej wiezy uznalem to za kpine.

pewnej nocy siedzialem dosc dlugo na necie i niespecjalnie chcialo sie mi klasc spac. czytalem na wikipedii o egipcie, takie ogolne informacje. wsrod tych informacji byli wymienieni sasiedzi. z ciekawosci kliknalem na sudan. nie bylo wiele informacji o tym kraju. znow wymienieni byli sasiedzi i tym razem kliknalem na republike srodkowoafrykanska. po kilku takich klikach zrodzil sie pomysl wybrania sie w te rejony, na kontynent afrykanski. wlasciwie cala noc do rana spedzilem szukajac informacji mi przydatnych, relacji z podrozy, wszystkiego co korespondowalo ze swiezozasianym pomyslem w mojej glowie. nawet gdy ogarnelo mnie zwatpienie, okazalo sie, ze ceny biletow lotniczych sa znacznie nizsze niz sie mi to wydawalo. bylem niemalze przekonany, ze to odpowiedni pomysl w odpowiednim czasie.

ale nieprzespana noc i dzien troche spuscily powietrza z nadmuchanego balonika. wieczorem wydawalo sie mi juz, ze to wcale niekoniecznie moze sie udac. a nawet jak sie wybiore, to nie bedzie to w moim stylu i ogolnie zaczynalem byc na siebie zly za slomiany zapal w tym temacie. jak zwykle po 22 bylo szklo kontaktowe i w pierwszej chwili do mnie nie dotarlo gdy miecugow podal informacje, ze umarl ryszard kapuscinski. zdziwilem sie, troche dziwnie sie poczulem. nawet zrobilo sie mi smutnoc, choc nigdy nie przeczytalem zadnej ksiazki kapuscinskiego. i nie dlatego, ze mnie nie interesowaly, ale uwazalem, ze trzeba do nich dorosnac. nawet tydzien wczesniej bedac w empiku juz mialem wziasc jedna (chyba 'lapidarium') i kupic, gdy pomyslalem, ze jeszcze zdaze. kilka chwil po podaniu tej informacji przezylem olsnienie. przed oczami stanal mi laska z 'chlopaki nie placza' mowiacy (o tonym haliku) 'ktos musi kontyuowac jego dzielo'. to bylo jak znak, a nawet objawienie. postawilem sobie nieprzekraczalny termin dwoch tygodni. jak na mnie bylo to dosc malo spontaniczne. biorac jednak pod uwage to, ze ludzie przygotowuja sie pol roku, rok do takiej wyprawy, byl to jednak szczyt spontanicznosci. dwa tygodnie i juz.

tak naprawde to caly nastepny tydzien zastanawialem sie czy w ogole jechac. a jak tak to jak, ktoredy, dokad, itp. zbieralem szczatkowe informacje jakie moglem znalezc, ktore niepokoily mnie swoja nieaktualnoscia. byc moze zle szukalem, ale relacje z ostatniej wyprawy w miare interesujaca mnie trasa znalazlem z 2003 roku. to wystarczajacy okres aby moglo odmienic sie doslownie wszystko. pocieszalem sie, ze jednak to jest afryka i tam niepredko cokolwiek ulega zmianie. dywagacje skonczyly sie trzy dni przed ostatecznym terminem gdy udalem sie do ambasady syrii po wize i szpitala po szczepienia i recepte na lek przeciwmalaryczny. wlasnie te trzy dni zajely mi wszelkie przygotowania, ktore skonczyly sie w momencie zakupu plecaka. bylem gotow w dwa tygodnie na wyprawe dwumiesieczna, moze nawet troche dluzsza.

w sumie nie mialem zadnego bardziej szczegolowego planu. z jednym wyjatkiem. byl nim stambul. wiedzialem, ze musze sie do tego miasta dostac. moglem tego dokonac na trzy sposoby. najtanszym byla podroz przez ukraine, rumunie i bulgarie. ten wariant odpadal ze wzgledu na ograniczona ilosc wolnego miejsca w paszporcie. ale perspektywa dostania sie do stambulu za mniej niz 400pln byla kuszaca. moze innym razem. drugim wariantem, najbardziej mnie pociagajacym byla podroz przez budapeszt, belgrad, poludnie serbii, do bulgarii i stamtad juz do stambulu. niewiele drozszy, ale dla mnie o wiele bardziej pocigajacy. przede wszystkim ze wzgledu na belgrad. jednak tu tez na przeszkodzie stawala ilosc wolnego miejsca w paszporcie. choc serbscy straznicy nie sa tak restrykcyjni jak ukrainscy wolalem nie ryzkowac. wybralem najmniej ciekawy wariant przez budapeszt, bukareszt, bulgarie. gdzies w pamieci mialem zachwyt znajomego nad odstawionym bukaresztem i bylem jego ciekaw. wiedzialem tez, ze dopiero za budapesztem bede czul, ze nie wydeptuje znanych sobie sciezek. do tego momentu wszystko wydawalo sie mi znajome i wcale nie nadzywczajne.

takze pierwsze kroki wydawaly sie mi takie znajome. momentami az trudno bylo mi uwierzyc, ze w tak daleka podroz jedzie sie najpierw tramwajem na dworzec. tym samym tramwajem numer 10, ktorym tyle razy jezdzilem nawet zeby zaplacic rachunek za telefon. ten tramwaj kompletnie nie pasowal mi do rozpoczecia tak dalekiej podrozy. a jednak byl jej pierwszym krokiem. moze taksowka wydawala sie mi wtedy bardziej adekwatna do sytuacji. jednak dotarlem na dworzec i pomny doswiadczen ze slowackimi konduktorami kupilem takze bilet przez granice, ze zwardonia do skalite. tylko 4,10 pln, a ile mniej zmartwien na glowie! ze tez wczesniej na to nie wpadlem.

pociag z budapesztu znam jak wlasna kieszen. z pamieci moglbym wymieniac stacje, na ktorych sie zatrzymuje. zawiecie, sosnowiec, w katowicach zmiana lokomotywy, tychy, pszczyna, bielsko biala i odczepienie czesci skladu, pozniej zywiec, zwardon, i po slowackiej juz stronie skalite, cadca, zilina, trencin, leopoldov, trnava, i bratislava hlavna stanica. pociag ruszyl punktualnie o 19:25. zanim ruszyl dostalem smsa od mamy, ze 'kazda, nawet najdluzsza podroz zaczyna sie od pierwszego kroku'. jego tresc oddawala sens tych wszystkich znajomych kroczkow, ktore musialem uczynic zeby poczuc, ze zaczynam cos wielkiego, niepowtarzalnego. jechalem i patrzylem na ludzi w przedziale. czulem sie dziwnie. przeciez nie powiem im, sluchajcie jade do afryki. pewnie by mnie wysmiali albo popatrzyli z politowaniem. czulem tez sie troche bardziej niezwykly od nich samych. jakichs dwoch kolesi pracujacych chyba w agencji reklamowej cala droga klepalo o swej pracy. poczatkowo sluchalem co mowili, bo sie nie ograniczali i nie kryli. pozniej ogarnelo mnie znuzenie i zniechecenie, jak mozna gadac o pracy w piatkowy wieczor? zupelnie jakby nie mieli nic innego do powiedzenia, a wydawali sie byc dobrymi kolegami. zaczely sie takze smsy z pytaniami do mnie. bowiem wyjezdzajac zostawilem na blogu wpis 'wszystko ma tam gdzies swoj koniec. wczesniej lub pozniej. na mnie juz czas.' moglo to prowokowac do wieloznacznych wnioskow. smsowala ze mna takze kolezanka, danka, z ktora mialem, jak sie pozniej okazalo, spotkac nastepnego dnia na poludniu czech. ale powazna watpliwosc mnie ogarnela co do sensu tego spotkania gdy dostalem smsa, z ktorego wynikalo, ze ona nie moze obiecac mi nic na lini kobieta - mezczyzna. nie chodzilo o brak mozliwosci obietnicy, ale o sam fakt wyslania smsa o takiej tresci. bowiem sprawe wyjasnialismy sobie ta kwestie juz raz i wydawala sie mi wyjasniona. watpliwosci te takze kazaly mi sie zastanawiac gdy bylem juz w brayslawie gdzie jechac stamtad. czy do breclavia czy prosto do budapesztu. nasilily sie te dywagacje tuz przed poludniem gdy przyjechal eurocity z berlina do budapesztu. pociag odjechal jednak beze mnie. ja poczekalem jeszcze kilka godzin aby ostatecznie znalezc sie w malej miejscowosci hustopece u brna.

pogadalismy sobie troche o tym i o owym. po raz kolejny wyjasnilismy, ze nic od siebie nie chcemy. przy czym to chyba ja to bardziej tlumaczylem. na nastepny dzien zaplanowany byl wieden w towarzystwie dwojga jej znajomych z pracy. a z wiednia mieli mnie odwiezc do bratyslawy. taki uklad mi pasowal. widen nie byl zly, ale szlajanie sie z aparatem po okolicach breclavia i mikulova tez mi pasowalo.

w wiedniu zaliczylismy wlasciwie tylko muzeum historii naturalnej. i poczatkow sie mi podobalo, ale z czasem zaczynalo nuzyc. za duzo tego tam, za duzo. z wiednia do bratyslawy jechalo sie calkiem fajnie. choc samo miasto o tej porze roku wydawalo sie o wiele bardziej ponure niz w cieplejszych miesiacach. pociag do budapesztu mial 45 minut opoznienia, poczekalismy na niego. a przynajmniej ja musialem poczekac. przyjechal i sie pozegnalismy. dojezdzajac do budapesztu ciagle mial 45 minut opoznienia i kiedy dojechal do odjazdu pociagu do bukaresztu bylo okolo 5 minut. tak wiec odpadalo jechanie do rumunii tego samego dnia, musialem poczekac. zalogowalem sie w zupelnie innym hostelu niz zazwyczaj, w astoria hostel, calkiem niedaleko dworca keleti. pokoje byly moze mniej ciekawe niz w znanym mi mellow mood central hostel, za to klimat i sanitariaty wypadaly na korzysc astoria hostel. nie poszedlem na spacer nawet, tylko zaczalem sprawdzac wszelkiem mozliwe polaczenia ze stambulem.

rano sie mi nie spieszylo pierwszy pociag mialem byl o 10:50, a nastepny o 12:44. na pierwszy nie zdazylem, spoznilem sie kilka minut. w ten sposob spedzilem blisko dwie godziny siedzac na dworcu keleti i obserwujac jego zycie. eurocity do bukaresztu byl calkiem pozadny, standart bez zastrzezen. nawet udalo sie mi znalezc i cala droge miec wolny przedzial tylko dla siebie. bilet mialem oczywiscie tylko do lokoshazy. i dluga chwile zastanawialem sie czy nie wysiasc w cutirici i nie kupic biletu do bukaresztu lub od razu do giurgiu. jednak spokojnie dojechalem przez nikogo nie niepokojony do aradu, w ktorym to opuscilem pociag aby troche poszwedac sie po miescie. w koncu bylo nienajmniejsze. ale takze jak sie okazalo niezbyt ciekawe. przed dworcem znalazlem busika do bukareszt w cenie 60lei, troche mniej niz za pociag. problemem bylo to, ze bus przyjezdzal do bukaresztu ok 3 nad ranem. no i byl to bus. w kasie dworcowej jednak okazalo sie, ze mam do wyboru albo pociag z biletem za 73 lei. albo za 55 lei. wybralem ten drugi, szczegolnie, ze jechal dosc dlugo i na gare nord przychodzil po 6 rano.

gara nord nie zrobila na mnie dobrego wrazenia. zdecydowanie byle jakie. okolice, czyli centrum bukaresztu okazaly sie nielepsze. prawde mowiac rozczarowalem sie, szczegolnie po tym co slyszalem o tym miescie kilka juz lat temu. z bukaresztu mialem juz bezposredni pociag do stambulu. troche drogi, bo ok 180 lei. za 50 dolarow moglem wybrac autokar, ale ten 750 km jechal ok 12 godzin, no i przyjezdzal do stambulu takze ok trzeciej nad ranem. chwile sie zastanawialem i jednak wolalem jechac pociagiem. za to taksowkarz probowal mnie naciac na 10 lei prowizji. splawilem go.

znow zaczalem sie szlajac po dworcu. pociag do stambulu odchodzil okolo poludnia, ale spostrzeglem, ze za chwile odchodzi do salonik. zapytalem konduktora czy tez jedzie przez videle i giurgiu. zapraszajacym gestem wskazal zebym wsiadl. nie bylo przeszkoda brak nadmiaru rumunskich lei. ustawilismy, ze do russe, juz po stronie bulgarskiej dojade za 5 lei i 2 dolary. nie mialem zbytniego wyboru,a bilet w kasie kosztowalby 15 lei, ale tylko do giurgiu. widoki za oknem kazaly watpic czy aby na pewno jest to kraj unii europejskiej. wszedzie syf, brud i ubostwo. do kwadratu.

jedynym pozytywnym akcentem tego etapu byla laska, z ktora jechalem w przedziale. laska to dobre okreslenie, choc byla bardziej dyskretna niz efektowna. i tak jak zazwyczaj ciemnowlose raczej mnie nie pociagaja, to ta wlasnie podobala sie mi. i to bardzo. miala bardzo ladna twarz, idealnie wrecz uksztaltowane usta, odpowiednio wydatne, zdecydowanie zmyslowe. no i te jej wlosy. kasztanowe, delikatnie krecone, ledwo za ramiona. tyleczek takze niczego sobie, okragly, jedrny. i ladnie ledwo przez sweterek zakrywany, choc raczej w tym przypadku ladnie przez ten sweterek eksponowany. gdy przejezdzalismy przez most przyjazni na dunaju stala obok mnie na korytarzu i moglem ja sobie bardzo dokaldnie obejrzec, nacieszyc oczy, nawet na zapas. bowiem wiedzialem, ze za chwile wysiadam.

kilka minut po tym jak znalezlismy sie a drugim brzegu dunaju zaczelismy wjezdzac do russe. jak dosc przypadkowo sie zorientowalem nie bylem jedynym polakiem w tym pociagu. dwoch gosci z polski spotkalem, a wlasciwie dogonilem przy kasach na dole dworca. slawek i piotrek jak sie okazalo jechali praktycznie w tym samym kierunku, do sudanu. tak wiec tym dziwnym zrzadzeniem losu na czesc trasy mialem zapewnione towarzystwo.

od razu przy kasie zaczal nas nagabywac taksiarz. za ta sma cene co bilet pociagiem do stambulu oferowal nam taksowka podroz na drugi koniec bulgarii, do svilengradu, na granice z turcja. dlugo sie zastanawialismy, bo chlopakom zalezalo zeby sie dostac jak najszybciej do turcji. przy odrobinie szczescia moglismy jeszcze tego samego dnia zlapac pociag do adany. zdecydowalismy sie na taksiarza. gosc poczatkowo zasuwal ile fabryka dala. a slawek siedzacy z przodu mial nietega mine. w pewnym momencie zapytal sie taksiarza czy u nich jest policja drogowa, a jak jest to czy wylapuje za predkosc. niecala godzine pozniej przekonalismy sie, ze to bylo pytanie retoryczne. musielismy czekac blisko pol godziny az go obsluza. po tym zdarzeniu jechal zdecydoawnie spokojniej, wolniej i momentami bardzo przepisowo. bulgaria robila odrobine lepsze wrazenie niz rumunia. ale tylko odrobine. widoki za oknem takze poddawaly w watpliwosc sens jej czlonkowstwa w unii. na granice dotarlismy ok 21. przekraczalismy ja na piechote i bylo to dosc przyjemne doswiadczenie. jednak po jej drugiej stronie okazalo sie, ze o busach mozemy juz zapomniec. o pociagu do adany o 23 takze. na dodatek musielismy spedzic noc na dworcu w kapikule, ktory do najokazalszych nie nalezal. byl czysty, w miare zadbany, ale zdecydowanie niewygodny. ruch na nim sie zaczal w momencie gdy przychodzil sen. w miedzyczasie obserwowalismy odprawe pociagu do stambulu, ktorym moglismy sie zabrac z russe. w tamtej chwili chyba najbardziej pozalowalismy swojej decyzji.

noc przetrwalismy i ok siodmej rano wsiedlismy do osobowego. osobowy to troche zle okreslenie, bo wygladal ak nasze intercity. ale jechal stosunkowo wolno, ok 300km w ponad szesc godzin. prawie cala droge przespalismy. obudzilismy sie moze pol godziny przed wjazdem do stambulu. i od razu zaczelismy wymieniac pierwsze uwagi o turcji. zdecydowanie pozytywne, bowiem robila ona o wiele lepsze wrazenie niz bulgaria i rumunia. pociag powoli wjezdzal do miasta, jakby przygotowywal swoich pasazerow na spotkanie z nim. okrazal polwysep zloty rog od strony morza marmara. jednoczesnie pokazywal stambul ze strony, o ktorej jakiekolwiek miasto w rumunii i bulgarii moglo tylko pomarzyc. jednoczesnie zawyrokowalismy, ze to zamiast nich turcja powinna byc w unii. a samo centrum nie zdradzalo, ze tuz za miedza, a wlasciwie ciesnina, jest juz azja, bliski wschod wlasciwie, trzeci swiat. z dworca sirkeci poszlismy pieszo, z plecakami na wzgorze topkapi. minelisbymy niemalze niezauwazenie haya sophie. po jednym z najbardziej znanych budynkow swiata mozna byloby sie spodziewac znacznie wiecej. za to widok na bosfor byl imponujacy, po drugiej stronie juz azja, dla mnie dziewiczy kontynent. poszlismy jeszcze zobaczyc blekitny meczet, z ktorym to czesto mylona jest haya sophia. stamtad pojechalismy tramwajem i metrem na otogar, czyli dworzec autobusowy. dworce autobusowe w turcji zazwyczaj sa polozone na obrzezach miast i imponuja swoja wielkoscia, mnogoscia stanowisk dla autokartow idacych w dziesiatki, a nawet setki. my praktycznie w ostatniej chwili zapalalismy sie na autobus jadacy do gazenteb. troche sie potargowalismy ze sprzedawca, ktory jak sie okazalo mowil po polsku. poczatkowo chlopaki tego nie zalapali i uparcie mowili do niego po angielsku. wlasciwie pod koniec sie zorientowali. z okien autbusu stambul wygladal jeszcze bardziej imponujaco niz z okien pociagu okrazajacego zloty rog. ogromna metropolia, stosunkowo nowoczesna, ciagle sie rozbudowujaca. przedmiescia ciagnely sie dosc dlugo jak minelismy bosfor.

podrozowanie autokarem po turcji jest znacznie sensowniejsze niz pociagiem. komfort, szybkosc, dostepnosc i przystepne ceny sprawiaja, ze jest to najpopularniejszy srodek transportu zbiorowego miedzy miastami. wlasciwie transport szynowy w porownaniu z kolowym jest w powijakach. i nie odzwierciedla braku rozwoju tego pierwszego, ale potege tego drugiego. norma w autokarach sa stewardessy. choc najczesciej sa one plci meskiej. ponoc zdarzaja sie kobiety. taka stewardessa ma tylko jedno zadanie: umilic jak najbardziej podroz pasazerom. no moze bez przesady, ale srenio co trzy - cztery godziny chodzi po autokarze i polewa woda rozana pasazerom na rece. mniej wiecej rownie czesto chodzi i rozprowadza napoje w szerokim asortymencie. podroz umilaja dodatkow tureckie autostrady, o jakich w polsce mozemy na razie tylko pomarzyc. i jesli przyjac rzymska maksyme, ze o potedze panstwa swiadcza jego drogi, to turcja jawi sie jako potezne i zamozne panstwo. mozna poczuc sie prawie jak w samolocie. choc prawie jednak robi szalona roznice. my w ramach atrakcji mielismy na pokladzie takze skazanca eskorotwanego przez trzech zolnierzy z dluga bronia siedzacych dwa rzedy przed nami. afer zadnych nie bylo, ale za to maly dreszczyk emocji tak.

otogar w ankarze okazal sie kolosem w porownaniu z tym w stambule. byl bardziej rozlozysty, a na dodatek dwupoziomowy. jednym slowem robil wrazenie ogromnego hubu, porownywalnego z lotniskiem swymi rozmiarami.

gazenteb przywital nas rano zachmurzonym niebem, z ktorego od czasu do czasu pokapywalo. turcja nie byla tam juz taka bogata jak w okolicach stambulu, lecz wciaz sprawiala wrazenie dosc zamoznej i nowoczesnej, ciagle sie rozwijajacej. niemal od razu zlapalismy busika do kilis, miejscowosci przygranicznej z syria. kierowca powiedzial, ze zabierze nas na sama granice, ale juz na miejscu zarzadal za to dodatkowo po szesc dolarow od lba. obsmialismy go i olalismy. jednak od razu stalismy sie obiektem zainteresowania innych posiadaczy sprzetu jezdzacego. negocjacje byly trudne, momentami komiczne gdy gosc na starym motorze z przyczepka chcial nas wziasc nim na granice. takze go olalismy gdy wyszlo na jaw, ze chce za to 5$ od glowy. ostatecznie dogadalismy sie z taksowkarzem, ktory wzial nas po 5 dolarow od glowy. ale za to do samego aleppo.

droga do przejscia granicznego bylaby moze do pokonania na piechote nawet z plecakami w mniej niz godzine, ale nie przy takiej pogodzie. juz nie siapilo, ale regularnie padalo. syria witala nas drobnym, gestym deszczem. straznik syryjski obejrzal nasze paszporty, zajrzal do srodka i powiedzial ladna angielszczyzna 'welcome to syria' mily poczatek, jeszcze troche biurokracji w... biurze odprawy granicznej. papierki, papierki, kwitki i w koncu pieczatka. no i jestesmy w syrii.

spelniala ona nasze wyobrazenia o trzecim swiecie. bieda, troche syfu i przasnosci dookola. no i gaje oliwne po drodze, rosnace na wyciagniecie reki. aleppo takze nie prezentowalo sie okazale. ale jednak troche lepiej, troche nowoczesniej, typowo miastowo. typowo dla bliskiego wschodu. znalezlismy hotel za piec dolarow od glowy, ktory lata swej swietnosci mial chyba przed moim urodzeniem i jakby od tamtego czasu nic nowego, wlacznie z farba sie w nim nie pojawilo. ale bylo gdzie spac, ciepla woda tez byla i muzeum narodowe po drugiej stronie ulicy. meczetu w najblizszym otoczeniu nie bylo, choc kilka minaretow w oddali bylo widac.

zaczelismy od spaceru na cytadele, ktora robila przygniatajace wrazenie swym ogromem. poltora wieku wczesniej jej obrona dowodzil niejaki jozef bem, ktory to w tym miescie zostal pochowany i jesli dobrze pamietam gdzies przemknal jego pomnik. cytadela porazala takze totalnym rozpieldzielnikiem w skutek remontu, ktory dotknal ten obiekt. stare miasto tez nie bylo zbyt uporzadkowane, choc dawalo sie odczuc charakterystyczny urok bliskiego wschodu na nim. no i te dzieci garnace sie zeby zrobic im zdjecie. przechodzac przez suq (bazar) stracilem okazje zeby zrobic zdjecie modlacym sie muzulmanow w meczecie. moze pochylajacych sie plecow i niewlaczony aparat. oczywiscie w ramach wieczerzy kebab w barze dla lokali. dla nielokali punktow gastronomicznych raczej nie bylo. i tym sposobem zrobila sie godzina 22. czas na sen, ktory przyszedl zaskakujaco szybko. przeciez spalem po raz pierwszy w lozku jak czlowiek od czterech dni, dwa tysiace kilometrow na polnocny zachod, w budapeszcie.

rano chlopaki wybrali sie do dzielnicy chrzescijanskiej, a ja na poszukiwanie dostepu do netu. kolo poludnia sie wymeldowalismy, oni odprowadzili mnie na dworzec autobusowy, a sami lapali pociag do lattaki okolo 16. praktycznie od razu zlapalem autobus jadacy do damaszku za smieszne 2 dolary, to jest dopiero kraj! stewardessa tez byla, tez meska, ale jednak standart troche gorszy od tureckiego.

krajobrazy mijane po drodze byly takie jakie mozna sobie wyobrazic w tej czesci swiata. stepy, polpustynie i pustynie. rzeki, ktorych dawno nie bylo, a zamiast nich wyschniete kamieniste albo piaszczyste koryto i istniejace mostki, ktore swiadczyly, ze niezawsze tak jest. tuz przed damaszkiem mignela mi tablica na autostradzie, ze do bagdadu to w druga strone. zdalem sobie sprawe jakblisko jego jestem i ze to w koncu bliski wschod. nie inaczej. do tamtej chwili czulem sie jak w biednym zakatku poludnia europy. od tamtej chwili nie mialem watpliwosci. dworzec autobusowy okazal sie byc umiejscowiony na obrzezach miasta, a ja potrzebowalem dostac sie do jego centrum. od razu ustawila sie kolejka taksiarzy do mnie, ale wiekszosc od razu splawialem. ostatecznie pojechalem za zawrotna kwote jednego dolara. niestety gosc nie mogl znalezc hotelu, ktorego adres przyblizony wynotowalem sobie od chlopakow z lonelyplanet. troche sie naszukalismy, a ostatecznie miast 5 dolarow zaplacilem za miejsce w hotelu za 10. bylo porzadnie, przyjemnie. nienajgorzej.

z wymiana walut takze nie bylo problemu. najpierw recepcjonista wskazal mi miejsce, w ktorym legalnie moglbym wymienic je, a nastepnie z blyskiem w oku powiedzial, ze u niego tez moge wymienic. kurs byl ten sam (1 dolar=50 dinarow). kafejke netowa takze znalazlem bez problemu, ale jak sie okazalo nie mozna bylo wchodzic na miedzynarodowe strony z blogami. blogspot.com byl zabroniony, za to blog.pl nie.

pozniej wybralem sie na poszukiwanie starego miasta. przeciez to jedno z najstarszych stale zamieszkanych miast na swiecie. tylko nikt nie wiedzial gdzie jest oldtown. ludzie byli bardzo zyczliwi, pomocni, niesamowicie goscinni, ale nie wiedzieli. znalazlem je przypadkiem. pozniej okazalo sie, ze to oldcity, coz roznica kolosalna. bylo tym czego szukalem. prawdziwy bliski wschod w wydaniu mocno retro. gdybym nie wiedzial, ze 'basnie 1001 nocy' dzieja sie w bagadadzie, to moglbym z reka na sercu zareczyc, ze miejscem akcji byl stary damaszek. waskie, ciemne uliczki, w ktorych plataninie mozna bylo sie swietnie zgubic i niekoniecznie odnalezc. i te bliskowschodnie zapachy. takie ulotne, basniowe. zupelnie jakby z innego swiata. uroku dodawalo oswietlone zbocze wzgorza wznoszacego sie nad miastem. tysiace latarni, domkow i bog wie czego dopelnialy reszty. racje mial wieki temu abraham mowiac do boga, ze nie chce dwa razy isc do raju, kiedy ten kazal mu wejsc na wzgorze i spojrzec na miasto w dole.

calosc dopelnialy wszechobecne podobizny, billbordy, plakaty z prezydentem kraju. doslownie kult jednostki.

nastepnego dnia baramke garage odnalazlem bez trudu. faktycznie wystarczylo pojsc prosto, skrecic w prawo, przejsc kawalek, skrecic w lewo i pojsc prosto. wyjatkowo autokar do ammanu odjezdzal tak jak napisali w lonelyplanet, o 15:00. na granicy z jordania poczulem sie jak w toche innym, troche lepszym swiecie, niekoniecznie trzecim, choc wciaz byl to bliski wschod. w porownaniu z przasnym biurem po syryjskiej stronie jordanskie az razilo nowoczesnoscia. komputery, plaskie ekrany, kamerki, elektorniczne czytniki lini papilarnych byly sporym zaskoczeniem. takze uprzejmosc jordanskich straznikow. gdy wezwano mnie do biura zebym kupil wize uslyszalem ten j-d. w pierwszej chwili pomyslalem, ze sie przeslyszalem, ze chodzilo o jakies jedi. jednak tak jordanczycy okreslaja walute (takze dinary) w rozmowach z obcokrajowcami. pierwsze wrazenia z tego kraju byly jak najbardziej pozytywne. szczegolnei w porownaniu z troche zacofana syria. sprawdzalo sie to co kiedys slyszalem o tym kraju, ze jest porzadniej niz w pozostalych krajach regionu.

nie wiem do konca dlaczego, ale amman mnie czyms zachwycil. bylo w nim cos ujmujacego, emanujacego pozytywna energia. zarowno noca, jak i za dnia. nie popsul tego wrazenia nawet hotel cliff, ktory daleko odbiegal od jakichkolwiek standartow. ale mial przynajmniej normalny kibel. zamieszkiwali w nim wlasciwie sami backpackerzy, glownie z japonii i krajow anglosaskich. noc w nim dala mi popalic, bo zmarzlem jak gowno w przereblu. a tego sie nie spodziewalem. mimo, ze luty to w aleppo i damaszku tak nie zmarzlem. ludzie nadal byli swietni, mili i goscinni.

przechodzilem ulica obok kantoru gdy w jego witrynie zobaczylem znajoma twarz. nie, nie kogos znajomego. na banknocie. wiedzialem, ze musi ten banknot stac moja wlasnoscia. moja, moja, moja! i sie stal. za cale 5 dolarow nabylem 25 dinarow irackich z podobizna samego saddama husajna. takich banknotow sie juz nie produkuje od lat i nigdy nie beda tez produkowane. rarytas.

z rana poszedlem porobic zdjecia ruinom amfiteatru, ktory widzialem wieczorem. mialem wtedy nawet wrocic ze statywem, ale jakos sie mi odechcialo. i porobilem zdjecia wszystkiemu dookola, ale nie ma na nich ani jednego malutkiego skrawka amfiteatru. i zdalem sobie z tego sprawe wlasciwe jak juz wsiadalem do autokaru jadacego do aqaby.

kobiety w krajach arabskich najczesciej stosuja sie do zasad shariatu. zakrywaja wlosy, nie uwypuklaja sylwetki, nie eksponuja nog powyzej kostki. syria i jordania sa krajami raczej swiecki, ale zapewne ze wzgledow tradycyjnych dosc czesto mozna spotkac kobiety z chustkami zakrywajacymi wlosy. czekalem na godzine odjazdu gdy pojawila sie. zwrocila uwage wszystkich mezczyzn. wysoka, szczupla, z chusta na glowie, okularami przeciwslonecznymi, w spodnicy ok 10 - 15 cm za kolana i ciemnobezowych kozakach. jej krok byl niesamowity, poruszala sie z niezwykla gracja. chusta zakrywajaca wlosy tylko dodawala jej uroku. sprawiala ona, ze ta kobieta stawala sie obiektem pozadania kazdego, obok ktorego przechodzila lub znajodowala sie w polu widzenia. jednym slowem byla kwintesencja kobiecosci, ktorej nie powstydzilaby sie niezaleznie od dlugosci i szerokosci geograficznej. niegorsza, o pieknych oczach i ujmujacym usmiechu byla stewardessa w autokarze. coz za odmiana w tym rejonie swiata! na dodatek odkrywala wlosy, ciemny garnitur podkreslal jej zgrabna sylwetke, a krok w pedzacym autokarze takze byl niczego sobie.

w drodze do aqabyczesto zalowalem, ze odpuscilem sobie petre i wadi rum. mialem jeszcze szanse to nadrobic, ale z jakiegos powodu wiedzialem, ze nie tym razem. stoi tyle czasu, to poczeka na mnie jeszcze troche. mzoe rok, moze dwa. widoki za oknem byly niesamowite, choc to tylko i az rozne formacje skalne. az sie prosilo zeby wysiasc z autokaru i zrobic sesje. nigdy nie zapomne jednego z ostatnich zakretow przed aqaba. niesamowity widok, niesamowita ekspozycja do ujecia. nastepnym razem.

sama aqaba byla szczytem tego co do tej pory widzialem w tym rejonie swiata. uliczki, chodniki, gaje palmowe, parki. to wszystko przywodzilo na mysl tylko jedno slowo - raj. i dodatkow nieskazitelny wrecz porzadek. nie dane mi bylo takiego juz pozniej ogladac, az do europy. nie do konca jeszcze wiedzialem czy zostane na noc czy zlapie prom do egiptu. jednak tak sie zlozylo, ze wybralem ta druga opcje. troche musialem sie potargowac z taksiarzami, ktorzy poczatkowo chcieli zabrac mnie do portu za 5 albo 5 jd. wytargowalem 2. po drodze jeszcze spotkalem japonczyka, ale gosc chcial od niego 3 jd, ten sie nie zgodzil i pojechalem sam. isao, bo tak mial na imie, dotarl do terminala kilka minut po mnie. podobno zaplacil 1 jd. ominela mnie oplata wyjazdowa w wysokosci 5 jd i nim sie zorientowalem bylem odprawiony przez niezwykle zyczliwego straznika. nawet w europie tak zyczliwych nie ma. potwierdzil to tylko moj pomysl cofniecia sie do aqaby i spedzenia tam nocy i dnia nastepnego. musialem anulowac pieczatke wyjazdowa i straznik na moje pytanie usmiechnal sie, powiedzial zebym sie nie martwil i sam zaczal ganiac po pokojach zeby zalatwic sprawe. jak dla mnie, niesamowite. z poru wzial mnie stary taksiarz, ktory bardzo chcial zrobic mi wycieczke z aqaby do petry i wadi rum. oczywiscie przy okazji zarobic. i kiedy nie wiedzialem juz jak go splawic, powiedzialem insh'allah. to bylo jak odkrycie. gosc momentalnie zmiekl, usmiechnal sie, popatrzyl w gore i z tym blogim usmiechem odpowiedzial takze insh'allah. ani slowem nie probowal juz naciskac. ja nie moglem znalezc odpowiedniego miejsca do spania jednak postanowilem wrocic do portu i zlapac prom, ktory mial odchodzic o 22:00. bylo ok 21:15. znow zlapalem taksowke, wyjasnilem gosciowi gdzie ma mnie wiezc, ustalismy cene na 2 jd i jechalismy. jechalismy i jechalismy. w ktoryms momencie zapytal sie mnie medina?, nie wiedzialem co odpowiedziec, a on jechal dalej. zapytal sie mnie o imie. podalem mu, na co on z usmiechem, ze to jak michael jackson. stwierdzilem, ze wolne jednak porownanie do michaela jordana. i obaj wybuchlismy smiechem. 'michael jordan in jordan' powtarzal i jechal. az w pewnym momencie zdalem sobie sprawe, ze chyba minelismy port i jestesmy blisko granicy z arabia saudyjska. zawrocilismy i okazalo sie, ze pytajac sie medina? mial na mysli terminal pasazerski, a port ciagnal sie i ciagnal wzdluz wybrzeza na poludnie. pewnie gdybym sie nie zaniepokoil, spokojnie dojechalibysmy do samego przejscia granicznego, do ktorego pozostalo tylko kilka km. gdy mnie wysadzal przy bramie byla 21:40, a z centrum aqaby do mediny jest ok 7 km. isao sie zdziwil gdy mnie znow zobaczyl. zaczelismy nerwowo sie krecic, bo dochodzila 22:00. ja co chwila biegalem do budynku terminala, bo wciaz pozostalo mi kilka jd, ktore byly warte ok 15 dolarow. ostatecznie udalo sie mi je wymienic z powrotem, a gosc w kantorze mnie przepraszal, ze zniknal na kilkanscie minut. to jest dopiero goscinnosc! w koncu, o 22:30 podstawili autobusy, ktorymi mieli wozic pod trap na prom. zalapalismy sie na pierwszy, w ktorym panowal niesamowity scisk. minuta, dwie i bylismy na miejscu. ten dystans moglismy spokojnie przejsc na piechote, ale pewnie nikt nie chcial zgrai ludzi szwendajacej sie po nabrzezu, po ktorym jezdzily ciezarowki. wsiedlismy na prom i od razu oddalismy paszporty do kontroli. mialy byc nam zwrocone gdy bedziemy doplywac do nuweiby. w polu final destination na karcie imigracyjnej wpisalismy obaj dahab, choc obaj mielismy zamiar jechac przynajmniej do kairu. rozlozylismy sie w sali z barem i czekalismy na odplyniecie promu.

planowo prom mial odplynac o 22:00, ale pol godziny pozniej wiedzialem juz, ze zgodnie z planem nie odplynie. ludzilem sie jednak, ze opoznienie nie bedzie duze. kolo polnocy zaczalem tracic nadzieje na to. poznalem dokladnie znaczenie zwrotu insh'allah. stopsuje sie go gdy nie mozna byc pewnym czegos co powinno miec miejsce. i wbrew pozorom ma calkiem spora moc. jak insh'allah to wszystko jasne. w miedzyczasie poznalem shady'ego - palestynczyka. zaczelismy rozmawiac i szybko zlamalem jedna z zasad podanych w lonelyplanet: zeby nie rozmawiac z ludzmi w tym rejonie o polityce. nie jest to mile widziane. wlasciwie to shady zaczal rozmawiac pokazujac mi gdzie jest wybrzeze egiptu, izrale, jordani i arabi saudyjskiej. po chwili rozmawialismy juz na dobre o polityce w regionie i na swiecie. a gdzies po drugiej zmeczony polozylem sie spac. prom odszedl z co najmniej dziewieciogodzinnym opoznieniem, nei wczesniej niz o 7 rano, bo wtedy na chwile sie przebudzilem. ale wszyscy czekali bardzo cierpliwie, nikt sie nie buntowal, nie awanturowal. slow boat okazal sie naprawde slow. momentami mielismy wrazenie, ze cofamy sie albo, ze fale nas wyprzedzaja. do nuweiby dotarlismy na pol godziny przed poludniem. autobus do dahabu odchodzil o 16, a do kairu godzine wczesniej. dlugo wahalem sie ktorym jechac. ostatecznie pojechalem razem z isao do dahabu. nie bylo mnie tam wczesniej, wiec czemu nie? ale zanim pojechalismy zaliczylismy lunch w barze, w ktorym nikt przy zdrowych zmyslach by nie jadl. seven heaven (sic!) moze samo w sobie idealem nie jest. ale wszystko wokol razem z nim tworzy niepowtarzalny klimat, daje poczucie, ze faktycznie sie jest w siodmym niebie. sam dahab bez tego typowego dla arabow rozgardiaszu, tumultu i zgielku. mala, nieplanowana, jednodniowa przerwa w podrozy dobrze mi zrobila. szczegolnie jesli sie ciagle gnalem porzed siebie, bo terminy gonily. wlasciwie w takim miejscu moglbym zostac na dluzej niz tylko poltora dnia. choc poczatkowo nie chcialem tam w ogole jechac. moglbym tak sobie calymi dniami snurkowac na rafach koralowych, jak chocby na blue hole, palic szisze i pic deficytowa guave. a przede wszystkim nigdzie sie nie spieszyc. i kiedy przyszlo mi opuscic go to czynilem to z nieklamanych zalem. takze ze wzgledu na ludzi, ktorzy sprawili, ze bylo mi tam dobrze. o dziwo nocny autobus do kairu odszedl punktualnie.

kair przywital mnie mglistym porankiem przywital. nie za bardzo wiedzialem gdzie jestem, ktoredy do centrum, wiele razy musialem sie pytac o to ludzi i dobra godzine szlajalem sie z plecakiem na plecach zanim dotarlem na talaat harb square. nie marnowalem jednak czasu i miast odpoczac po podrozy od razu uderzylem do zamalek, dzielnicy ambasad i drogich rezydencji, polozonej na nilowej wyspie. musialem sie
spieszyc, bo polski konsulat nie przepracowywal sie. otwarty trzy razy w tygodniu po trzy godziny dziennie. a potrzebowalem listu polecajacego do ambasady sudanu, zeby dostac wize do tego kraju. w kolejce za mna czekala polka, ktora chciala sie hajtnac z arabem. nie byla zbyt urodziwa, zbyt brzydka tez nie, po prostu nie zwrocilaby uwagi. za to sniademu koledze bardzo sie podobala. okazala sie takze niezbyt lotna. wywiazala sie miedzy nami rozmowa o pytaniach w formularzu o uzyskanie polskiej wizy. dla niej oczywistym bylo to, ze ktos kto pochodzi z innego kraju niz egipt, to moze do tego kraju wrocic. dla mnie takie oczywiste to nie bylo, szczegolnie w tym rejonie swiata. a sniady kolega okazal sie libijczykiem, co znaczylo, ze owo pytanie bylo zdecydowanie zasadne. dlatego tez gdy nadeszla moja kolej zalatwilem co mialem zalatwic i predko udalem sie do garden city. nie dotarlem tam jednak tak szybko jak sie tego spodziewalem. bedac jeszcze w syrii zafascynowany uroda tamtejszych kobiet pomyslalem sobie, ze fajnie byloby sobie przywiezc do kraju taka jedna egzotyczna laske. nawet ta mysl spodobala sie mi na dluzsza chwile. ale gdy doszedlem do wniosku, ze nie jest to najlepszy pomysl to zapomnialem o nim. ot, taka mysl, ktora byla wynikiem chwilowego zafascynowania otaczajaca mnie rzeczywistoscia. park nad nilem, w cieniu palm. czyjes spojrzenie, usmiech, kilka zdawkowych slow i zaczyna sie po prostu rozmowa. powoli przyzwyczajalem sie do tego, ze ludzie tam chca po prostu porozmawiac, zamienic kilka slow, zapytac o cokolwiek. ale kiedy padly slowa 'will you marry me?' bylem dosc zaskoczony. potraktowalem je jak dobry zart, choc przekonalem sie, ze wcale takim zartem nie byly. pewnie gdybym tak bardzo sie nie bronil i nie watpil w ten pomysl, to entuzjazm mojej egzotycznej rozmowczyni by sie utrzymal. a tak troche opadl, ale tylko troche. choc dla tych oczu i spojrzenia to czemu by nie? tylko, ze to jednak inna religia, inny krag kulturowy. i jakos nie za bardzo sobie to wszystko wyobrazalem. na cale swoje szczescie mysl o egzotycznej kobiecie byla tylko mysla. az balem sie pomyslec co by bylo gdybym glosno ta mysl wypowiedzial. moglaby sie nieopatrznie spelnic. pozegnalem raghde i od razu udalem sie do garden city, takze dzielnicy ambasad polozonej na prawym brzegu nilu. po dordze byla nieudana proba naciagniecia mnie na egzotyczne perfumy, ale kolejny raz okazalem sie na to odporny. po garden city blakalem sie dosc dlugo i gdy znalazlem ambasade sudanu praktycznie ja zamykali. ale ponoc moglem dostac wize bez problemu nastepnego dnia. ponoc w nie wiecej niz dwie godziny. dziwnie po powrocie do hotelu padlem na wyro i momentalnie zasnalem. pierwszy dzien okazal sie tylko przygrywka, uwertura, ktora zagral na mnie kair.

drugiego dnia pobytu w nim faktycznie zalatwilem wize w niecale dwie godziny. a wlasciwie w 5 minut, bo gdy przyszedlem do ambasady gosc pokazal mi paszport, a w nim wszystkie wolne strony (na wize potrzebna cala strona) zaklejone karteczkami z napisem 'please do not stamp' (zrobilem tak przed wyjazdem, zeby nie zablakala sie gdzies jakas pieczatka). bezradnie rozlozyl rece, a ja jednym ruchem odkleilem jedna z karteczek, strona sie zwolnila, a ja po pieciu minutach mialem wize. pozniej zaliczylem spacer na dworzec ramsis. obszedlem go calego i dlugo sie zastanawialem na kiedy kupic bilet do asuanu. i czy w ogole go tam kupowac. ostatecznie wybralem pociag w sobote o 22:00. stamtad takze na piechote do muzeum kairskiego, niedaleko talaat harb, ktore praktycznie sobie odpuscilem. zdjec robic nie wolno, o czym dowiedzialem sie juz bedac w srodku. a ogladanie tych wszystkich starozytnych gadzetow specjalnie mnie nie podniecalo. natlok ich takze nie sprzyjal ich kontemplowaniu. sen znow przyszedl szybko po dlugim wieczornym spacerze wzdluz nilu.

odbilem sobie za to nastepnego dnia w meczecie ali'ego na wzgorzu cytadeli. zrobil na mnie niezle wrazenie. tylko pogoda (albo smog) popsula piekny widok na caly kair. tak, to jest jeden z tych widokow, ktorych zapomniec sie nie da. kair nawet przy smogu robi wrazenia, gdy sie na niego patrzy z cytadeli. pozniej godzinny specer po miescie umarlych - starym muzulmanskim cmentarzu, na ktorym powstalo wielki osidle-slums zamieszkale ponoc przez blisko trzy miliony mieszkancow. to miejsce spelnie wyobrazenie europejczykow o biedzie na bliskim wschodzie. i chce sie uciekac stamtad kiedy kolejkne dziecko blagalnym wzrokiem patrzy mowiac money. to podobno jedyne slowo, ktore znaja te dzieciaki po angielsku. podobno takze jeszcze kilka lat temu nie znaly one nawet tego slowa. na khan-el-khalili byl taki dziki tlum, ze wchodzic sie mi tam nie chcialo. dziki tlum nawet jak na arabski bazar. a nie ma chyba bardziej zatloczonmych miejsc, o wiekszym gwarze i tumulcie niz arabskie bazary.

na ostatni dzien zostawilem sobie to co uchodzi za najwazniejsze. jest kair, jest i giza. jedni mowia, ze to jedno wielkie miasto inni, ze dwa blizniacze. ale piramidy nie zrobily takiego wrazenia na mnie jakiego bym sie spodziewal. w telewizji lepiej wypadaja. przypomnial sie mi nawet fragment 'alchemika' - 'ty diable, wiedziales o wszystkim od samego poczatku. mogles mi tego oszczedzic (...). ale przynamniej zobaczyles piramidy, czyz nie sa piekne?' moim skromnym zdaniem tak srednio. no ale tlumy tam wala jak w dym. bylem wiec i ja, zobaczylem, zdjecia porobilem i udalem sie z powrotem do centrum. a wieczorem czekal juz na mnie pociag. i mogloby sie wydawac, ze to wszystko to niewiele. a zajelo mi cale cztery dni. sam nawet nie wiem kiedy zlecial ten czas. zdecydowanie za szybko.

przez te cztery dni bylem zmeczony tym miastem. ale mialem tez glowe pelna mysli i spostrzezen. bo kair to miasto obok ktorego nie mozna przejsc obojetnie. jest jak namietna kobieta, ktora nie pozwala odpoczac na chwile. i ciagle domaga sie adoracji, interakcji. daje siebie i bierze calego. jest zupelnie inny niz beznamietny paryz, ktory przypomina niedopieszczona panienke czy flegmatyczny londyn. jest do bolu arabski, z calym dobytkiem inwentarza. ale jednoczesnie jest swiatowy, czesto bardzo europejski. tak wlasciwie to tych kairow jest kilka. zyja zupelnie jakby obok siebie, niezaleznie. bez przenikania sie. po jednej stronie ulicy jeden, po drugiej juz inny. jest downtown, ktorego nie powstydzilaby sie zadna europejska stolica. hotele, biurowce, parki, drogie sklepy, szykowne ulice, muzea, uczelnie. ludzie swobodni, czesto z wyzszych sfer, bardzo wyluzowani, nawet jak na arabow. jest tez ten kair, ktory tworzy tlo szare od kurzu, pisaku i spalin. to tu sa niezliczone sklepiki, bazary i ludzie, ktorzy zyja tak jak im naznaczono. moze ich dzieciom uda sie wybic, moze zobacza cos innego niz tych samych sasiadow kazdego dnia, ktorym mowia salaam maleykum i od czasu do czasu jakiegos zablakanego obcokrajowca na swojej ulicy. jest oczywiscie tez kair trystyczny. latwo go poznac pom tym, ze jest w nim mnostwo policji. oczywiscie turystycznej, wyznaczonej do chronienia turystow i tego co ogladaja. wiadomo, turysci to kasa, wiec nic im sie nie moze stac. pelno jest tez tam turystow samych w sobie. najczesciej z europy, troche amerykanow i coraz wiecej skosnookich. zelazne punkty programu to muzeum kairskie z mumiami i innymi starozytnymi gadzetami, piramidy, meczet ali'ego. no i oczywiscie bazar khan-el-khalili. w tych miejscach obcokrajowcy zdecydowanie przewazaja nad miejscowymi. tylko w tych miejscach. jest tez ostatecznie wspomniane juz miasto umarlych. jeden wielki slums. trzy miliony ludzi zyjacych na jednym wielkim cmentarzu. domy pobudowane pomiedzy nagrobkami. a teraz to wlasciwie nagrobki stoja pomiedzy domami. i jedna wielka bieda, ktora momentami az kluje w oczy. i wszystko to ma jeden wspolny mianownik. niesamowity, ciagly ruch samochodow, ktore przemieszczaja sie po ulicach stadami, jedyna zasda ruchu jest chyba jakikolwiek brak zasad ruchu. nieustanny dzwiek klaksonow, ktore gdyby mogly podzwyzszac pkb to egipt pewnie szybciej by sie rozwijal. i mnosto ludzi pomiedzy tym wszystkim. mnostwo. na ulicach, w sklepach, na bazarach, w metrze. wszedzie sa ludzie, i ludzie, i jeszcze raz ludzie. jest ich przeciez tutaj az osiemnascie milionow. i wszystko to wyglada zupelnie inaczej gdy zwiedza sie miasto z okien autobusu od czasu do czasu tylko robiac desant na ktorys z zelaznych punktow programu. a zupelnie inaczej kiedy sie patrzy na to wszystko przemierzajac ulice pieszo. z okien autobusu kair rzuca na kolana i kaze pozostac tak do konca pobytu i jeszcze chwile dluzej. pieszo obezwladnia i nie pozostawia szans ucieczki. choc czasem chcialoby sie znuzonym tym wszystkim odpoczac jak po namietnej nocy z kobieta. chocby zeby miec sily na kolejna noc. i kolejna.

pora byla odpoczac od tego zgielku i tlumu. wieczorem czwartego dnia odjechalem pociagiem o wdziecznej nazwie nefrititi w kierunku poludniowym. ale zanim do niego wsiadlem w przejsciu podziemnym przy dworcu gdzies w tlumie mignela mi znajoma twarz wolajaca mnie. wlasciwie dwie. cameron i john, ktorych poznalem w seven heaven w dahabie. byli oni czescia milo spedzonego tam czasu. krotka wymiana zdan i wiedzialem juz, ze do asuanu nie bede jechal sam. nawet wagon mielismy ten sam. moglbym powiedziec, ze to czysty zbieg okolicznosci. tylko ja w zbiegi okolicznosci niespecjalnie wierze. w wagonie jakis niekumaty wagonowy (nie byl nawet konduktorem i nie sprawdzal biletow) probowal nam wmowic, ze wagon drugi, na ktory mielismy bilety jest w wagonie czwartym. to samo wmawial trojce niemcow z sasiedniego przedzialu. po kilku minutach olalismy go. nie mowil nawet po angielsku, a dogadywanie sie na migi tez specjalnie nas nie krecilo. niemniej pociag juz wytaczal sie z kairu. gdy kupowalem bilet w kasie mowili, ze wszystkie wagony sa klimatyzowane. i faktycznie byly. w ogole wagony mialy nawet niezly standard. ale ta klimatyzacja nie miala regulacji i bylo srednio cieplo. w ciagu dnia byloby akurat, ale w nocy niebardzo. z johnem i cameronem troche pozartowalismy sobie z kaori, wspolnej znajomej japonki poznanej w dahabie, w seven heaven. miala ponoc jechac tym samym pociagiem i tym wagonem, ale na dworcu nikt jej nie widzial, w pociagu tez.

rano dla odmiany zartowalismy sobie z niemcow, ktorzy dali sie naciac przez kelnera na kolacje i sniadanie. kazal im zaplacic w sumie 300 LE na trzy osoby. my zregnygnowalismy gdy uslyszelismy cene, ale i tak wychodzilo troche duzo. powinno tak okolo 150 LE. ale byli pierwszy raz na bliskim wschodzi i wynika z tego, ze przyszlo im zaplacic frycowe. pociag dojezdzal juz do asuanu, mial mniej wiecej polgodzinne opoznienie, co w sumie nie bylo zlym wynikiem jak na trase liczaca prawie tysiac kilometrow i miejscowy zwyczaj niespieszenia sie. wychodzac z wagonu na peron w asuanie niemalze doslownie wpadlem na kaori, ktora jak sie okazalo jechala tym pociagiem, tylko innym wagonem. wychodzac z dworca zostalismy zagadani przez atefa - jednoosobowe biuro podrozy. poczatkowo troche nie dowierzalismy mu, ze moze nam zalatwic pokoj za 8 LE od glowy. ale gdy sie troche rozejrzelismy postanowilismy skorzystac z jego oferty. za te 8 LE rewelacji nie bylo, ale tez nienajgorzej. atef probowal nas tez namowic na wycieczke do abu simbel i rejs felucca po nilu do luxoru albo kom ombo. stwierdzilismy, ze jednak se rozejrzymy na miescie. zreszta ja przy okazji tego rozgladania mialem dowiedziec sie o bilet do wadi halfy. nie wiedziec czemu wcale nie chcialo sie mi plynac wtedy do sudanu. ale w koncu trafilismy do biura nile valley transport company, ktora ma monopol na transport miedzy egiptem a sudanem i wysyla promy z asuanu do wadi halfy raz na tydzien. dziwnym zbiegiem okolicznosci okazalo sie, ze biletow na prom juz nie ma. tak wiec zmuszony bylem zmienic swoje plany, na caly tydzien. ale dzieki temu zaliczylem abu simbel. byla to pierwsza typowo turystyczna atrakcja, ktora nie rozczarowalemsie w calym egipcie. oczywiscie nie mozna bylo w srodku robic tam zdjec, ale ja nie moglem sobie odpuscic. za to swiatynie philae mozna bylo sobie odpuscic, wysoka tame tez. a niedokonczonego obelisku juz nikomu nie chcialo sie ogladac. z kaori, johnem i cameronem zeglowalismy takze felucca do kom ombo. w czasie tego rejsu dane mi bylo w pewien sposob odczuc, ze to jednak afryka jest. po czesci nil, po czesci jego otoczenie i przez dwa dni spokoj od naganiaczy.

za to oni te dwa dni odbili sobie w luxorze. nie udalo sie im nas na nic naciagnac, ale odpedzic sie od nich bylo trudno. szczegolnie na promenadzie nadnilskiej, ktora czasem przechodzilismy. rzadko, bo rzadko, ale jednak. wlasciwie oprocz doliny krolowych i krolow to niespecjalnie sie gdziekolwiek ruszalismy. najczesciej siedzielismy. to jest dobre okreslenie. siedzielismy w ogrodzie dachowym hotelu palac kolejna szisze, w barze owocowym pijac kolejny koktajl owocowy lub sok z deficytowej guavy, w knajpce pijac kolejna herbate i znow palac kolejna szisze. i tak prawie cale trzy dni nam zlecialy. wszystko wlasciwie sprowadzalo sie do pewnej wieczornej chwili w ogrodzie dachowym luxorskiego hotelu. siedzielismy tam, pilismy kolejna herbate i palilismy kolejna szisze, o czyms tam rozmawialismy. nagle padlo zdanie, ze to zupelnie jak w piosence 'perfect day', tylko zamiast 'drink sangria' nalezy wstawic 'smoke shisha'. usmiechnelismy sie wszyscy do siebie i w takim milczacym usmiechu trwalismy dluzsza chwile. nastepnego dnia z samego rana wyjezdzalem do asuanu zeby dokonac tego co nie udalo sie mi tydzien wczesniej. i opuszczajac luxor czynilem to z nieklamanym zalem. glownie ze wzgledu na ludzi, z ktorymi tam bylem.

siedzialem rankiem na peronie i czekalem na pociag. w radio pewnie zapowiadali 27 stopni w cieniu, cisnienie 1018 hPa i bezchmurne niebo, takie jak wczoraj, przedwczoraj i tydzien temu. choc byla to dopiero 7 rano slonce stalo juz wysoko. pociag mial jednak opoznienie. a ja tak siedzac mialem chwilke czasu zeby sie zastanowic. albo po prostu zawiesic na chwile. zdalem sobie sprawe z tego, ze po blisko dwoch tygodniach pobytu w egipcie niezwykle przywyklem do tego kraju, do tej rzeczywistosci. tak przywyklem, ze otaczajaca rzeczywistosc wydaje sie mi naturalna, jakbym zyl w niej od urodzenia. przywyklem do tego, ze w lutym jest cieplo, a jakakolwiek zima o tej porze wydawala sie mi abstrakcyjna. przywyklem tez do waluty. funt egipski stal sie moja rzeczywistoscia, reszta byla abstrakcja. przywyklem nawet do tego chaosu na ulicach, nieustannego dzwieku klaksonow, jakiegokolwiek braku zasad ruchu czy osiolkow ciagnacych wozek z owocami. na tyle, ze chyba nie zrobilem ani jednego zdjecia osiolka ciagnacego wozek z owocami. bo trudno robic zdjecie czemus co widzi sie co chwile. i oczywiscie przywyklem do tego co jem i pije. na mysl o jakimkolwiek alkoholu krzywilem sie. woda, goraca herbata. albo sok z guavy. sam albo na ten przyklad w koktajlu z truskawkami, kawalkami mango i banana. o istnieniu wieprzowiny, podstawy mojej diety w polsce, zapomnialem. i tak sobie siedzialem i myslalem nad tym wszystkim. temperatura w cieniu pewnie powoli zblizala sie do 27 stopni, bo slonce bylo juz naprawde wysoko. spojrzalem na dworcowy zegar, byla 8:50. po chwili pociag leniwie wtoczyl sie na peron. prawie dwie godziny spoznienia, inshallah, przeciez mogl wcale nie przyjechac. z tym samym dwugodzinnym opoznieniem przybylem do asuanu. niewiele brakowalo abym w ogole do sudanu nie poplynal. czekajac w biurze firmy transportowej powoli tracilem cierpliwosc. manager mial przyjsc za 15 minut, a mijala juz prawie godzina. w glowie ukladalem sobie awaryjny scenariusz, tak na wszelki wypadek. gdybym ja stracil cierpliwosc. albo gdyby jednak on w koncu nie przyszedl. ale ten scenariusz okazal sie zbyteczny. oczywiscie biletow nie bylo na poklad odkryt i na druga klase. nie bylo dla bialych. dla bialych byla pierwsza klasa. roznica w cenie miedzy 136 LE, 247 LE i 394 LE. wlasciwie pozostalo mi tylko przeczekac reszte soboty i niedzieli do poniedzialkowego ranka. przeczekalem dosc leniwie, bo do roboty zbyt wiele nie bylo. ot, wycieczka na wyspe elefantyne i szwendanie sie po miescie.

znow byl sloneczny poranek i temperatura grubo przekraczajaca 20 stopni. pociag ze stacji aswan odjechal punktulanie w strone stacji high dam port. dojechal calkiem pelen. jeszcze ludniej zrobilo sie po wyjsciu ze stacji. ale nie zdziwilbym sie gdyby ci ludzi czekali tam przez cala noc. i myslalem, ze mialem szczescie gdy wpuszczono mnie jako jednego z pierwszych do portu gdzies przed godzina 10. w calym tlumie sniadych i czarnych ludzi dostrzeglem jedna osobe o bialej skorze. byla to kobieta, mniej wiecej czterdziesci lat, nawet niebrzydka, ale swym strojemy i dobytkiem zdawala sie byc jakas misjonarka. ale przynajmniej nie bylem jedynym bialym. to juz cos. odprawa paszportowa poszla sprawnie. zastanawialem sie tylko czy przyczepia sie do mojej wizy obowiazujacej ponoc tylko na polwyspie synaj. ale widac wiza synajska obowiazuje na caly egipt, a moze po prostu nie chcialo im sie czepiac. mysle, ze jednak to pierwsze. stateczek zwany promem nie prezentowal sie okazale, ani nawet nie wzbudzal zaufania. szczegolnie w porownaniu z zacumowanym obok statkiem wycieczkoym, takim samym jakie plywaja z po nilu z asuanu do luxoru. nieszczesciem okazala sie kabina, w ktorej mialem spedzic najblizsze 16 - 24 godzin. niby na bilecie pierwsza klasa byla, a ja bym powiedzial, ze przypominalo to trzecia podmiejska. ale to nie ja sprzedawalem bilet. z reszta kupujac go nie mialem wiekszego wyboru. tak jak nie mialem wiekszego wyboru aby czekac az caly majdan zapakuja na statek. high dam port to cywilizacyjne i logistyczne zacofanie. na sasiednia barke musieli zaladowac towary przywozone na roznych samochodach i samochodzikach. trwalo to blisko siedem godzin. wszystko to bylo dokonywane recznie, zupelnie jakby nie znali kontenerow, ani nawet palet. to przeciez zdecydowanie ulatwia wiele. no i przede wszystkim oszczedza czas. ale wiadomym jest, ze arabowie nie naleza do mistrzow organizacji i wymienione wynalazki po prostu tam nie dotarly. ostatecznie zapakowali wszystko co dalo sie zapakowac, mialo to miejsce okolo 17 i 20 minut pozniej w koncu odbilismy od brzegu. nastepne kilkanascie godzin to calkiem przyjemny rejs po jeziorze nassera. przyjemny nawet mimo warunkow, w jakich przyszlo go odbywac. ale jak przygoda to przygoda. to jest afryka. zachod slonca byl widowiskowy, z zorzami tuz nad widnokregiem, pomaranczowy, momentami czerwony. jednym slowem niesamowity. a noc byla jeszcze cudniejsza. wielki woz stal wywrocony dyszlem na sztorc, u oriona widac bylo nawet gwiazdy tworzace luk, a wschod ksiezyca byl wprost niesamowity. on sam czerwony, w zawrotnym tempie wspinajacy sie na niebosklon. i to wszystko odbijajace sie w spokojnej toni tropikalnej wody. w pewnej chwili poczulem ten wiatr, od poludnia. taki cieply, przyjemny. az chcialo sie siedziec na pokladzie cala noc i patrzec w gwiazdy, chwytac wiatr i nie myslec o niczym. albo o wszystkim naraz. w tym wietrze byl smak przygody jaka dopiero miala mnie czekac. doskonale wiedzialem, ze kazdy glupi potrafi pojechac do egiptu. ze dopiero teraz wszystko naprawde sie zaczyna, a zarty koncza. to juz nie misia puchatka tak piekna chatka. tak, wiosna tego roku zapowiadala sie wyjatkowo goraco.

przed poludniem cel zostal osiagniety. po osiemnastu godzinach rejsu prom dobijal do brzegu. a na nim bylo widac pustynne formacje skalne i wlasciwie niewiele poza tym. nagle zdalem sobie sprawe z tego, ze tak wlasciwie niewiele wiem o kraju, w ktorym mialem znalezc sie za te kilka minut. z informacji praktycznych to chyba nic. nie mialem nawet pojecia jaki jest aktualny kurs waluty. slyszalem o tym, ze w obiegu jednoczesnie sa i dinary i funty. nie mialem pojecia gdzie spac i za ile. wiedzialem tez, ze musze sie dostac do Chartum, bo to stolica przeciez. wiedzialem, ze sa utrudnienia w podrozy, ze obcokrajowcy sa kontrolowani ciagle przez policje i wojsko. coz, biala morda wsrod czarnych sie nie ukryje, a kase zawsze ma. zreszta sudan mialem tylko minac i nie przywiazywalem do niego wiekszej wagi w szukaniu informacji. byl na mojej drodze zlem koniecznym, za dostanie sie do ktorego przyszlo mi zaplacic cale sto dolarow. prom zostal przycumowany do betonowego brzegu. zdawalem sobie sprawe, ze to chyba jeden z ostatnich kawalkow utwardzonego gruntu jaki przyjdzie mi ogladac przez najblizszy czas. i prawie mozna bylo schodzic na lad. gdyby tylko wypuszczac chcieli z tego plywajacego trupa. i przyznam, ze takiego balaganu to jeszcze w zyciu nie widzialem. totalny pierdolnik to zbyt delikatne slowo. ale w koncu jakos udalo sie mi uciec na lad. moglem wtedy powiedziec sobie welcome to sudan. niedlugo po tym, po przesluchaniu w biurze na okolicznosc przybycia do tego biurokratycznego raju odebralem swoj paszport ze stempelkiem 'registration within three days'. usiadlem na plastikowych krzeselkach w terminalu, gdzies posrod piaskow i skal pustyni, gdzies w samym srodku niczego. i poczulem sie zagubionym dokladnie posrodku niczego. tym bardziej, ze wiedzialem juz po ile sa te funty lub dinary. wiedzialem tez, ze z wadi halfy do chartum najkrotsza droga przez pustynie jest jakies 1200km. po prostu zajebiscie. wyszedlem przed budynek terminalu, ktory byl chyba jedynym w okolicy budynkiem we w miare dobrym stanie. tam znow spotkalem ta babke, ktora wczesniej mialem za jakas misjonarke. wcale nia nie byla, po prostu, ku mojemu zdziwieniu, podrozowala. tak samo jak ja, tylko, ze dla niej sudan byl tygodniowym wypadem podczas dluzszych wakacji w egipcie u znajomych. z akcentu zorientowalem sie, ze jest francuzka. na oko miala moze troche wiecej niz czterdziesci lat. przy dobrym konserwowaniu moze przed piecdziesiatka. rozmawiala z gosciem, ktory wygladal na miejscowego. muhamad, faktycznie byl sudanczykiem, ale mieszkal obecnie w egipcie. jak sam mowil na polityczno - ekonomicznej emigracji. zakrecilem sie z nimi i pol godziny pozniej bylem juz zameldowany w hotelu, ktory wygladal po prostu jak kurnik. nie obrazajac oczywiscie kurnikow. ale jednoczesnie bylo w nim cos ekscytujacego, jakby synonimem przygody. byl symbolem miejsca, do ktorego rzadko docieraja turysci z cywilizowanych krajow. bylo tez cos jeszcze. w powietrzu wyczuwalnego. sudan, choc to wciaz kraj muzulmanski, byl zupelnie inny niz egipt. byl praktycznie czarna afryka, do ktorej chcialem dotrzec. dawalo sie tam odczuc (pradokslanie, mimo panujacej biurokracji) wolnosc, swobode w zachowaniu. swoim i innych. nikt nie zaczepial, nie chcial robic interesu, naciagnac mnie na cokolwiek co mialo wspolnego z placeniem przeze mnie pieniedzmi. przestalem czuc sie jak chodzacy bankomat. na dodatek, jak sie okazalo, ludzie miejscowi potrafili zaplacic za mnie, cos postawic i oburzali sie kiedys to ja chcialem placic. a przeciez pochodzili ze znacznie biedniejszego kraju. po prostu traktowali mnie jak goscia, ktorego nalzey przyjac z odpowiednia goscinnoscia. i wszystko to calkowicie bezinteresownie, z uprzejmoscia typowa dla arabow. wieczorem, gdy siedzielismy przy czyms co bylo kafejka, a w rzeczywistosci kilkoma stolkami i jednym stolikiem, a obok kociolkiem, na ktorym stal czajnik z gotujaca sie woda, przechodzacy obok czlowiek zaczepil muhamada. powiedzial mu, zeby traktowal obcokrajowcow najlepiej jak potrafi, bo to jedyny skarb tego kraju. i cos w tym bylo. kilka minut pozniej wrocilo jego dwoch znajomych - isham i ahmed. i co mnei bardzo zaskoczylo, byli jakby delikatnie wstawieni. zaskoczylo, bo wiedzialem doskonale, ze w sudanie obowiazuje calkowita prohibicja, a za picie alkoholu idzie sie nawet do wiezienia. jeszcze bardziej bylem zaskoczony gdy isham zaproponowal wypicie alkoholu. ciagle bedac zdzwiony zapytalem muhamada o panujaca prohibicje. odpowiedzial krotko, ze nie dotyczy ona takich miejsc jak wadi halfa. pozniej jeszcze wytlumaczyl, ze jest to takze pewien wyraz buntu przeciw panstwu, ktore sila probuje wprowadzic shariat. wodka pedzona z daktyli byla metna i mocniejsza niz jakas tam wyborowa. tylko jeden lyk dla smaku. i pewnie gdyby nie smak zakazanego owocu nawet na tego jednego nie dalbym sie namowic. mialem tez okazje ogladac juz calkiem nawalonego muzulmanina, ktory wzywal allaha. w pewien sposob bylo to ciekawe doswiadczenie. choc dla mnie ciekawszy okazal sie spacer juz po polnocy po tym miasteczku. przekonalem sie tez wtedy, ze pociag, ktory mial jednak nie przyjechac tej nocy, a nawet dnia nastepnego, jednak przyjechal.

i nie ma chyba nic gorszego niz czekanie na cos co wcale nie musi nastapic. wspomniany juz pociag podobno skomunikowany z promem poczatkowo mial przyjechac tego samego dnia co prom przyplywal, tylko wieczorem. pozniej okazalo sie, ze moze bedzie za dwa dni. w czasie mojego nocnego spaceru okazalo sie, ze jednak przyjechal. rano go juz nie bylo. mial ponoc byc nastepny, ale prawdopodobienstwo tego bylo wrecz znikome. i dlatego zdecydowalismy sie na podroz autobusem do chartum. autobus, ale nie taki zwykly, tylko terenowy. taki jakie mozna spotkac chyba tylko tam gdzie nie ma drog. mial odchodzic okolo 4 albo 5 po poludniu. no coz, kilka godzin czekania, ale wyjascia innego nie bylo. nawet jeszcze o godzinie 6 wiekszosc gratow, ktora miala jechac tym autobusem ze swoimi wlascicielami byla wciaz na ziemi. i nic nie wskazywalo na to, ze ten stan rzeczy szybko ulegnie zmianie. ostatecznie kilkanascie minut po 8 ruszylismy jednak. szybko skonczyla sie utwardzona droga gruntowa, a zaczely pisaki pustyni. i tak przez blisko 500 km. jazda niezwykle przypominala safari, moze byla nawet ciekawsza, bo jechalismy w ponad 40 osob. ale po kilku godzinach juz sie to znudzilo, zaczynalo nuzyc ciagle podskakiwanie na fotelach. tudziez odrywanie sie od nich i opadanie na nie po chwili na jakis wybojach. wszedzie dookola bylo pelno kurzu i piasku. trzeslo niezle. czasem nawet udalo sie zasnac. o dziwo! pierwsza asfaltowa droga byla po mniej wiecej 12 godzinach jazdy. do stolicy dotarlismy prawie dokladnie w dobe po ruszeniu z wadi halfy. muhamad cos tam przebakiwal o ugoszczeniu, ale mimo dotychczasowych doswiadczen raczej nastawialem sie na szukanie wlasnego lokum. a moze to byl taki wewnetrzny alarm, ze przeciez ja go wcale nie znam, a mialbym spac u niego pod dachem. ale przypomnialo sie mi to co nieraz slyszalem, ze ktos kto podrozuje dla muzulmanow jest tak jakby pielgrzymem. niezaleznie czy do mekki czy gdzies indziej. ostatecznie wyladowalismy w ondurmanie, jednym z trzech miast tworzacych razem chartum, w domu jednego z czterech braci muhamada. wlasciwie pierwsza rzecza jaka zrobilem po przybyciu do miasta to sprawdzenie w kafejce internetowej czy wize do etiopii mozna takze uzyskac na ladowym przejsciu granicznym. jednak informacja na stronie polskiego msz, ze wizy mozna dostac na lotnisku bole byla troche niepelna, aczkolwiek nie nastrajala optymizmem. postanowilem po prostu zadzwonic nastepnego do polskiej ambasady w addis abebie.

jeszcze przed poludniem wiedzialem, ze musze jednak udac sie do etiopskiego konsulatu w chartum. na szczescie list polecajacy z polskiego konsulatu nie byl niezbedny. zreszta polskiego konsulatu w chartum nie ma. innym problemem bylo to, ze byl wlasnie piatek i zalatwienie czegokolwiek bylo niemozliwe. w sobote takze zrobili sobie wolne, wiec musialem czekac az do niedzieli. powoli tez czulem, ze mam dosc goscinnosci muhamada. na pierwszy rzut oka nic nie mozna bylo mu zarzucic. goscil nas najlepiej jak potrafil. ale mial tez typowa przypadlosc dla kazdego araba - namolnosc. chcial byc obecny w kazdej dziedzinie naszego pobytu w chartum. nie pozostawial wiele miejsca na wlasna eksploracje miasta. wlasciwie to nie pozostawial zadnego miejsca. wypelnial nawet swoja osoba chwile, kiedy chcielismy z christine, bo tak miala na imie owa francuzka, poswiecic na obgadanie, komentowanie wlasnych spostrzezen. wymowna byla chwila kiedy po wyjsciu z muzeum narodowego, w ktorym troche sie wynudzilismy i zobaczylismy raczej zaniedbane eksponaty zapytal sie nas co widzielismy tam ciekawego. ok, ja rozumiem, ze chcial znac nasze oczucia, itd. niestety zrobil to tonem niemalze przesluchujacego policjanta. z christine poczulismy sie skonfudowani, spojrzelismy po sobie, on tego nie zauwazyl, bo jakos uratowalem sytuacje. gdyby niemoje oswiadczenie o eksponatach koptyjskich, ktore chyba jako jedyne byly jako tako wyeksponowane, to zapewne nastalaby krepujaca cisza. mialem dosc. samo chartum takze nie zachecalo do pozostania w nim. miejsce, w ktorym lacza sie dwa nile w jeden caly powinno byc czyms niesamowitym. szczegolnie posrodku pustyni. powinno. moze byloby gdybym czul, ze jestem w jakims miescie. a sam do konca nie wiedzialem gdzie jestem. gdzieniegdzie jakies wyspy zwartej zabudowy, a tak to pustkowia i chaszcze. no i krowy pasace sie przy parlamencie. miasto, ktorego nie ma, bo tak okreslilem chartum, spelnialo wiekszosc wyobrazen o stolicy afrykanskiego panstwa. wszedobylski kurz i piach, jeden wielki syf i malaria. tlumy ludzi, ktorzy robia jeszcze wieksze zamieszanie, tumult i zgielk. a przede wszystkim bylo tak goraco, ze powietrze az parzylo skore. momentami bylo trudno wytrzymac w tym piekle. no i ta wszechobecna bieda. trudno bylo przejsc dluzszy kawalek i jej nie zauwazyc. nawet jesli sie tego nie chcialo to i tak ona dawala o sobie znac. najgorsze, ze w te gowno wdepnalem az na cale trzy dni. o dwa za duzo. i o jeden dzien za pozno. i jakos tak dziwnie... chcialem uciekac... oczywiscie tam gdzie ulice nie maja nazw, jak spiewal bono, czyli do addis abeby. przez trzy noce, ktore spedzilem w domu jego rodzicow ta wlasnie piosenka pozwalala mi przetrwac. puszczalem sobie 'where the streets have no name' na przemian z 'learning to fly' pink floyd. przetrwac to moze zle slowo, ale dzieki nim bylo mi razniej. troche oparcia mialem tez w christine, ktora jak sie okazlo byl troche strasza niz sie mi wydawalo. i jakiez bylo moje zdziwienie kiedy powiedziala, ze jest juz na emeryturze i ma szescdziesiat cztery lata. a ja jej dawalem okolo czterdziestu. na zdjeciu w paszporcie wygladala nawet dosc ponetnie, a nie bylo ono wcale stare. na dodatek okazala sie calkiem zapalona podrozniczka. moj boze, poznac taka kobiete za mlodu i przezyc z nia zycie to jak szostka w totolotka.

w niedziele po poludniu mialem juz etiopska wize. gdyby jeszcze byl jakis autobus do gadaref, to pojechalbym od razu. musialem czekac do poniedzialkowego ranka, ale i tak moglem wziasc glebszy oddech. czulem sie o niebo swobodniejszy. i nie tylko ze wzgledu na muhamada, ale po prostu wiedzialem juz, ze nastepnego dnia bede juz w etiopii. zanim to jednak nastapilo mialem prawie caly dzien odpoczynku od muhamada. pojechali z christine zobaczyc sudanskie piramidy. podobno ciekawe. gdyby nie to, ze musialem z rana zostawic paszport i czekac na niego do trzeciej to sam bym z nimi sie wybral.

pierwszy autobus do gadaref odchodzil o siodmej rano. na ta godzine chcialem dotrzec na dworzec. jednak umowiony znajomy muhamada zawiodl i musielismy z christine brac taksowke. ona tez miala dosc goscinnosci i muhamada. wybierala sie jednak w przeciwnym kierunku, do dongoli. dotarlismy za kwadrans osma. a o osmej odchodzil, kolejny, autobus w strone gadaref. nie myslalem dlugo, kupilem bilet, pozegnalem sie, a autobus odszedl dosc punktualnie. tak bez insh'allah? to nie po arabsku. wlasciwie jazda do gadaref obylaby sie bez przygod gdyby nie to, ze nawalila klima. no zdarza sie. ale mielismy przez to czterogodzinna przerwe, bo musielismy zaczekac na kolejny autobus. to jest dopiero mentalnosc: trzymac ludzi cztery godziny na prazacym sloncu, bo klima padla, a do celu bylo nie wiecej niz poltorej godziny. no ale dzieki temu poznalem nosseibe - sudanke z kassali, ktora studiowala na uniwersytecie w chartum. wlasciwie to po przybyciu do gadaref niezwykle mi pomogla, bo dogadac sie tam po angielsku bylo juz trudniej. wlasciwie tylko dzieki niej zalapalem sie na ostatni kurs busika do gallabat, miasteczka granicznego z etiopia. gdyby nie jej pomoc to musialbym nocowac w gadaref, ona pewnie by sie z tego cieszyla, bo zapraszala mnie do domu swojego wujka. ja sie jednak troche spieszylem. nie zapomne chwili kiedy sie zegnalismy. ja juz prawie wsiadalem do busa, ona siedziala na bandzie pikapa. chwile patrzylismy sie sobie w oczy, tak po prostu, a wokol panowalo niesamowite zamieszanie. nawet nie wiem do konca z jakiego powodu. ale na ta krotka chwile jakbysmy sie z tego wylaczyli, jakby ludzie wokol nas cos tam mowiacy, krzyczacy nie istnieli. mialem dziwne wrazenie przez ta chwile, ze jeszcze kiedys sie zobaczymy, a przeciez nie mialem zamiaru odwiedzac znow sudanu. a przynamniej niepredko. a pozniej kazde odjechalo w swoja strone. i gdy ruszylismy poczulem, ze juz jest inaczej. to byly klimaty jakich szukalem. z kasety lecialo jakies afrykanskie etno, a moze to bylo wlasnie afrykanskie etno. na pewno nie bylo muzulmanskim zawodzeniem, ktorego powoli mialem juz dosc. chlopak robiacy za obsluge busa (oprocz kierowcy, najpewniej jego syn) przedstawil sie mi jako kali. to wlasnie afryka jakiej szukalem. a w mijanych wioskach staly typowe afrykanskie okragle chatki. nie moglem sie pomylic. nawet meldowanie sie na drogowych punktach kontrolnych bylo o wiele przyjemniejsze niz w drodze z wadi halfy do chartum. bylo wlasciwie niebem w porownaniu z pieklem. ot, taka przyjemna pogawedka co kilkadziesiat kilometrow z ludzmi, ktorzy juz byli inni niz wczesniej. do gallabat dotarlismy okolo osmej, bylo juz ciemno. pozostalo mi tylko zameldowac sie w ostatnim punkcie kontrolnym, no i pozegnac sudan. po raz ostatni slyszalem standartowy zestaw pytan. bylem trzecim obcokrajowcem tego dnia. kazdy z nas na pytanie o zajecie odpowiedzial, ze jest bezrobotny. chwile pozniej musialem stoczyc boj o przymusowa rejestracje. bo pieczatka 'registration within three days' jednak zobowiazywala. ostatecznie po kilku minutach czekania udalo sie tego uniknac. poczulem ulge, glownie ze wzgledu na dolary, ktore dzieki temu zaoszczedzilem. biurokracja w sudanie pokazala mi swoja inna twarz. znudzonego tymi procedurami straznika, ktory z usmiechem zyczyl mi udanej podrozy. wlasciwie to pozostalo mi juz tylko przekroczyc najbardziej otwarta granice jaka kiedykolwiek przekraczalem. wiedzialem, ze musze isc droga prosto. minalem jakis mostek, asfalt sie skonczyl i jakos inaczej sie zrobilo. nie bylem pewien czy to juz etiopia. napisy wydawaly sie mi byc w jakims innym alfabecie zapisane, domki byly glownie drewniane, nie murowane. wszedzie palilo sie mnostwo lampek, jak na choince. i ogolnie panowalo jakies rozprezenie. niby wszystko wkolo przedstawialo obraz nedzy i rozpaczy, nawet w porowaniu z sudanem, to poczulem sie lepiej, radosniej. zapytalem przechodzacego obok czy to juz metema, etiopia. odpowiedzial, ze tak, a ja poczalem szukac miejsca zeby wymienic walute, no i przetrwac noc. punkt kontroli granicznej otwieraja dopiero o siodmej rano, do tego czasu trzeba cos ze soba zrobic. znalzzlem goscia, ktory wymienial waluty. poczatkowo chcial dac mi trzy birry za 100 dinarow sudanskich. ale pokazalem mu paragon z ambasady. oficjalnie bylo 8,7 birra za dolara, czyli ok 4,35 za 100 dinarow. zaskoczony takim obrotem sprawy przystal na cztery birry za 100 dinarow. kilka minut pozniej logowalem sie do czegos co trudno nazwac hotelem. a jednak nim bylo. przynajmniej mialem gdzie spac przez ta jedna noc. ze zdumieniem tez odkrylem, ze kobieta nie musi zakrywac wlosow, twarzy. ze nie musi ukrywac calej siebie, ze moze wrecz wyeksponowac swoja seksualnosc. i przy tym jest swobodna, az milo popatrzec. wlasciwie tylko popatrzec, bo najbardziej to chcialoby sie oko nacieszyc.

widok bialego na tak glebokiej prowincji, zeby nie powiedziec zadupiu, wywoluje nielada sensacje. trudno bylo przejsc przez to miasteczko, wioske ulokowana przy jednej wlasciwie ulicy, drodze, tak aby ktos nie zaczepil. i niekoniecznie chcial zrobic jakis interes jak w egipcie. ot, po prostu bialy. chyba tylko w punkcie odprawy granicznej nie dali mi tego odczuc. punkt odprawy granicznej to brzmi dosc szumnie, bo byl to wlasciwie kurnik. albo jakas sklecona z kijkow prowizorka z dwoma biurkami w srodku. pieczatka szybko znalazla sie w paszporcie, moglem ruszac na podoboj tego kraju. albo starac sie go jak najszybciej przemierzyc. idac znow przez ta sama ulice natkanalem sie na dzieci idace do szkoly. najpierw jedno, pozniej drugie, trzecie zaczely do mnie krzyczec 'you'. i tak w koncu cala gromadka ich probowala mnie zaczepic. nie wiem co chcialy, ale czulem sie zaszczuty. wiem, dziwne uczucie pomiedzy dziecmi. w koncu jedno z nich zapytalo sie dokad ide. odpowiedzialem, ze przed siebie. a one zaraz skrecily do szkoly. przez moment myslalem czy aby nie pojsc z nimi, mialyby o czym mowic, jednak usiadlem sobie przy drodze i probowalem sie jakos wydostac w strone gonder. jednak ktokolwiek jechal droga, to tylko do shahdi, najblizszego miasteczka. po kolejnym busie, ktory przemknal mi postanowilem wrocic i zabrac sie najblizszym do shahdi. chlopak z obslugi busa wyjasnil mi, ze z shahdi moge zlapac busa albo nawet autobus do gonder. zabralem sie, bo co mi innego pozostalo? nic. po drodze mijalem krajobrazy jak ze snu o afryce. czerwono - brunatna wyschnieta ziemia w cieniu baoabow. a na niej bawoly i sami czarni ludzie. po drodze tylko wioski skladajace sie z okraglych chatek. i w koncu shahdi, wysiadlem z busa. ale po chwili zorientowalem sie, ze czegos mi brakuje. chwile sie zastanawialem i olsnilo mnie, ze pasportu i portfela. nei chce sie mi wierzyc i wracam do busa. jeszcze nie zdazyl odjechac. jednak tam nigdzie ich nie ma. poczulem sie zrozpaczony. nawet nie mialem sil pomstwowac na swoja wlasna glupote, ktora w jakis sposob kazala mi na te kilka godzin umiescic wszystko w jednej kieszeni. a przeciez dotychczas wszystko mailem w roznych miejscach. paszport nigdy nie byl przy pieniadzach, a te takze byly rozparcelowane. ale mowi sie trudno, nie ma co sie rozczulac, tylko trzeba dzialac. tym bardziej, ze slonce mocno pali. mialem dwa problemy, duze problemy. od razu poszedlem, niejako z nadzieja, na posterunek policji. ale juz po pieciu minutach tam wiedzialem, ze z tymi ludzmi bedzie prawie niemozliwe sie dogadac. nawet jesli mowili po angielsku, to prezentowali niezrozumiala dla mnie mentalnosc. w ten sposob objawil sie mi problem trzeci. chcialem sie tylko wydostac z tego piekla, w ktorym znalazlem sie jakoby na wlasne zyczenie, przez grzech zaniedbania. i pospiech. tak, wlasnie pospiech. nie bez powodu christine mi mowila, ze w afryce nie nalezy sie spieszyc. tam trzeba czekac. a ja sie nie posluchalem. na posterunku przypomnial sie mi od razu film pt. 'babel'. jakas analogie odnalazlem miedzy przedstawiona w nim sytuacja, a ta, w ktorej sie znalazlem. w tamtej chwili chcialem tylko zeby ktorys z nich zadzwonil do ambasady i poinformowal o wszystkim. przed oczami stanal mi filmowy helikopter zabierajacy bohaterke do marakeszu. ja na helikopter nie liczylem, ale moze ktos przyjechalby z addis abeby i zabral. w ambasadach maja zawsze dobre samochody, klimatyzowane na pewno. ale telefon byl pod klodka. nie bylo zadnego helikoptera, nie bylo nawet klimatyzowanej terenowki. byl za to przymus cofniecia sie do biura imigracyjnego w metemie. na szczescie policjant zatrzymal ciezarowke i zapytal kierowce czy nie zabralby mnie na granice. ten sie zgodzil. i znowu te wysuszajace slonce. wszedlem do srodka i wyjasnilem panience sprawe. popatrzyla sie na mnie ze zrozumieniem i poprosila o paszport. wyjasnilem jeszcze raz.
chartum - wystekala niepewnie.
addis - ucialem krotko.
chartum - powtorzyla jeszcze mniej pewnie.
addis - zawarczalem az sie skulila. i wyjasnilem jeszcze raz w czym rzecz. wzruszyla ramionami jakby to co mowie jej nie obchodzilo. a mnie szlag trafil. prosto z jasnego, niebieskiego nieba. zadzwonilem do ambasady. nie mialem problemu zeby sie porozumiec, ale cos mnie strzyknelo gdy uslyszalem, ze caly personel zostal odwolany i pozostala tylko jedna osoba. tak wiec niezaleznie od wszystkiego moglem liczyc tylko na siebie. w koncu dostalem dokument, po ktory przybylem. moglem wrocic do shahdi i dostac kolejny, ktory byl mi potrzebny w ambasadzie. wysiadajac z busu w shahdi zobaczylem bank i nagle mnie olsnilo. na dnie malego plecaka mialem drugi portfel, taki na wypadek jakiegos napadu. a w nim bylo pietnascie dolarow jednodolarowkami i czeki podrozne. czekow nie udalo sie wymienic, ale w gonder sa banki, w ktorych mozna tego dokonac. dolary jak najbardziej wymienilem. dalo to dokladnie 127 birr. juz wiedzialem, ze bilet na autobus do addis kosztuje 118 birr. bylem uratowany. a przynajmniej wiedzialem, ze nie umre na tym skwarze, do czego niechec wyrazilem pol godziny wczesniej. godzine pozniej, przebilem kolejny biurokratyczny mur w postaci mlodego szefa posterunku. ale w trakcie przebijania dwie rzeczy mnie zaskoczyly. jego ponetna sekretarka. czarniutka czekoladka, zapewne bez stanika pod biala koszulka, ktora miala podwinieta tak, ze eksponowala pepek. drugim zaskoczeniem byl komputer, na ktorym owa sekretarka napisala i wydrukowala dokument potwierdzjacy kradziez. komputer ten kontrastowal znakomicie z budynkiem, czy tez kurnikiem (kolejnym, ale tym razem murowanym) posterunku. pozostalo mi juz tylko czekac ranka. szef posterunku zalatwil mi nawet nocleg w calkiem przyzwoitym pensjonacie. przyzwoitym oczywiscie jak na warunki etiopskiej prowincji. ale przynajmniej sciany mial proste i czyste. nad lozkiem byla moskitiera, a prysznic to byl naprawde prysznic, a nie konewka nad dziura w ziemi. zalatwil, bo za nocleg zgodzil sie zaplacic jakis gosc pensjonatu. wtedy to poczulem w koncu, ze takze etiopczycy potrafia byc goscinni, pomocni, mili i naprawde fajni. po kilku godzinach spedzonych miedzy nimi na rozmowie, zapomnialem o przezyciach i przygodach minionego dnia. moze nie do konca, ale na tyle, ze spokojnie kladlem sie spac. z rana wyruszalem do stolicy, addis abeby, jak do ziemi obiecanej.

zasada etiopskich autobusikow (bo sa niewielkie) kursujacych miedzy wiekszymi miastami jest to, ze jezdza tylko za dnia i zawsze wyruszaja w trase o szostej rano. poniewaz z metemy do shahdi jest nieco ponad pol godziny na drodze wylotowej musialem sie stawic okolo 6:30. wtedy to ruszylem w swoja dwudniowa podroz. 900km po bezdrozach wydawalo sie mi niczym w porownaniu z pokonywaniem opornej etiopskiej biurokracji, w ktorej spychologia byla podniesiona do rangi cnoty. za oknem mijalem bajkowe wrecz krajobrazy. zupelnie inny swiat, az proszacy sie o odkrycie go. oczywiscie okien nie mozna bylo otwierac, bo etiopczycy wierza, ze przez otwarte okna wlatuja zle duchy. o dziwo od miejscowosci azezo byl calkiem dobry asfalt. poznym popoludniem autobus dotarl do bahir dar, nieopodal jeziora tana i wodospadow na bialym nilu. tu tez mielismy miec nocny postoj aby wyruszyc w drugi dzien jazdy do addis abeby, takze punkt szosta rano. bahir dar robilo calkiem niezle wrazenie, wygladalo na calkiem cywilizowane miasto, podobno jest ono trzecie pod wzgledem wielkosci w etiopii. tamtez pojawila sie szansa na szybsze dotarcie do stolicy, wieczorem, a raczej pozna noca. jednak ostatecznie zrezygnowalem, bo kosztowaloby to zbyt duzo, a mi az tak sie nie spieszylo. mialem gdzie przenocowac, a nastepnego dnia z rana wyruszal moj autobus. po prostu nie bylo sensu.

swej decyzji nie zalowalem nastepnego dnia ani troche. mimo masakrycznych 11 godzin w autobusie przetrwalem jazde. nagroda byl niesamowity widok na przlom nilu, ktory pokonywalismy gorska droga. sam most na nilu takze, a nastepnie jeszcze bardziej kreta i stroma droga wspinalismy sie na drugim brzegu rzeki. przez ten odcinek nie bylo asfaltu, ale chyba dodawalo to tylko uroku. pamietam nawet gdy zaczelismy zjezdzac do doliny przelomu ze wzgorza jak zapytalem sie siedzacego obok goscia czy bedziemy sie tez wspinac na przeciwlegla skale. odpowiedzial, ze tak i wtedy przypomnialy sie mi slowa 'high on a desert plain', oczywiscie z 'where the streets have no name'. poczulem ulge, gdy ze wzgorza ujrzalem w dole miasto. to byla addis abeba. obietnica zostala spelniona. cala reszta nie miala juz znaczenia. nawet taki szczegol, ze musialem dostac sie do ambasady i nie do konca wiedzialem gdzie ona sie znajduje. taksiarz tez nie wiedzial i stad byla mala przepychanka slowna. ostatecznie dalem mu tyle ile chcial, czyli 40 birr, choc faktycznie nalezalo sie mu o 10 mniej. umowa to umowa. polska ambasada to terytorium polski i cos mnie w srodku scisnelo gdy ujrzalem bialo - czerwona flage wysoko na maszcie. tu bylo prawie jak w kraju. a w kraju to jak w domu. faktycznie byl sam z zona na placowce. nie liczac etiopskiej sekretarki i etiopskiego kierowcy to nikogo nie bylo w ambasadzie. ze tez akurat musialem trafic na czystke w dyplomacji. konsul zalogowal mnie w pobliskim hotelu i umowilismy sie na dzien nastepny na rano zeby prawic paszport i rozwiazac wspolny problem jakim bylem ja w etiopii. przeszedlem sie troche ulica bole, od ktora jest glowna ulica dzielnicy o tej samej nazwie i prowadzi do lotniska o tej samej nazwie. na pewnym odcinku niesamowicie przypomniala mi ul.chwaszczynska w gdyni. mialy cos ze soba wspolnego, choc dzielilo je tak wiele. chocby te prostytutki, ktore zaczepialy przechodzacych mezczyzn. to dziwne przechodzic obok takiej dziewczyny i miec swiadomosc, ze prawdopodobnie na wiecej niz 50% ma ona HIV. a jednak sa amatorzy takiej jazdy. nawet jesli rzad etiopii masowo dotuje prezerwatywy.

od samego rana bieganina. zalatwianie zdjecia, nieco wydluzone prawienie paszportu. krotka, ale mila pogadanka z konsulem i zrobilo sie juz popoludnie. kierowca podwiozl mnie do centrum gdzie kupilem bilet i nie pozostalo mi nic innego jak czekac magicznej godziny 22:45. bylem '...ready for departure', choc doskonale wiedzialem, ze te slowa z owej piosenki pink floyd ziscily sie zbyt szybko. za malo czasu mialem zeby zwiedzac miasto, moze innym razem w innych okolicznosciach. zapewne dlatego udalem sie na lotnisko dosc wczesnie. na dodatek na piechote, bo z hotelu to nie wiecej niz dwa kilometry. bylem jednym z pierwszych na odprawie. i dobrze, ze tak zrobilem. nadalem bagaz i poszedlem do odprawy granicznej. i zonk. moj paszport tymczasowy i zaswiadczenie z policji nie wystarczyly. musialem miec wize wjazdowa, a ta moglem zalatwic w biurze centralnym w srodmiesciu. nie pomagalo proszenie, nawet straszenie konsulem. w akcie bezsilnosci krzyknalem za gosciem, ktory podawal sie za szefa fuck you. konsul przyjechal po ok 20 minutach, ja bylem juz zalamany prawie. lecieli w chuja, nawet z nim. ostatecznie dali sie przekonac, a ja kupilem wize na przylotach. kiedy podbili mi ja i poszedlem dalej wiedzialem, ze nic mnie juz nie zatrzyma. gdy usiadlem na swoim miejscu poczulem, ze moge w koncu odetchnac. lzy same poplynely. bynajmniej nie z zalu czy smutku, ale ze wzruszenia. miasto pieknie wygladalo gdy samolot powoli wznosil sie w gore. to byl moj najpiekniejszy widok w calej etiopii. uliczki oswietlone pomaranczowywawymi albo zielonkawymi latarniami ulicznymi tworzyly uroczy labirynt. i wydawaly sie byc prawie na wyciagniecie reki. w pamieci utkwil mi tez moment gdy samolot krazyl przed miedzyladowaniem w chartum i kladl sie na skrzydlo. ja siedzialem po drugiej stronie i widzialem tylko gwiazdziste niebo. przez moment wygladalo to tak jakbym lecial w kosmosie. nic tylko czern nieba i gwiazdy... i gwiazdy. cale ich mnostwo niezaklocone niczym innym. pozniej przyszedl sen. a na przebudzenie dostalem przepiekny wschod slonca, taki to tylko w przestworzach. zawsze uwazalem, ze w lataniu samolotem najciekawsze sa starty i ladowania. reszta jest dodatkiem. ja mialem trzy starty i trzy ladowania. w sam raz, i tyle ile trzeba.

warszawa przywitala mnie deszczem. popatrzylem w niebo ze zdziwieniem i zapytalem sam siebie, co to? to twoja nowa rzeczywistosc - odpowiedzial glos wewnetrzny. i wcale nie brzmial smutno. w koncu bylem w domu.

tydzien albo dwa pozniej w rece wpadl mi 'cesarz' kapuscinskiego. dlugo nie moglem jej przetrawic, byla pisana dziwnym jezykiem. nie podobala sie mi i chyba zaczynalem rozumiec dlaczego go wczesniej nie czytalem. ale po jej skonczeniu zrozumialem, ze on tylko notowal to co ludzie z otoczenia mu opowiadali. pisal ich slowami rzadko wstawiajac swoje komentarze. pozwolila mi ona zrozumialem tez postawe etiopczykow. kolezanka podsunela mi za to 'autoportret reportera', ktory zrobil zupelnie inne wrazenie na mnie. czytajac ta ksiazke czulem, ze wiele slow sam moglbym powiedziec albo napisac, tudziez juz kiedys powiedzialem lub napisalem. czulem sie jakbym czytal cos niesamowicie znajomego, wiec moze ta chwila z pewnego styczniowego wieczoru wcale nie byla tylko glupim skojarzeniem. moze byl w tym wszystkim jakis ukryty sens. nie zastanawiam sie nad tym. po prostu kontynuuje swoje dzielo.


9 II - 17 III 2007 warszawa > bratyslawa > brno > wieden > bratyslawa > budapeszt > arad > bukareszt > russe > kapikule > stambul > gazenteb > aleppo > damaszek > amman > aqaba > nuweiba > dahab > kair > asuan > luxor > asuan > wadi halfa > chartum > gadaref > gallabat > metema > shahdi > addis abeba > warszawa


© szorstky 2003 - 2014