główna       podróże       galeria       drogi       fotoblog       o mnie       kontakt



'sen się spełnił'

na poczatku wrzesnia 2006 mialem zaczac sie przeprowadzac do warszawy. szlo mi to opornie, na tyle, ze nie pomogl mi nawet dzien wczesniej kupiony bilet. skladalo sie na to uczucie,ze mi jest dobrze tak jak zylem przez ostatnie cztery miesiace i najchetniej zachowalbym statu quo. nie mialem nigdzie zamiaru sie ruszac, gdziekolwiek jechac. jednoczesnie wiedzialem, ze nie moge zyc tak dlugo. i zmiany beda nieodzowne.

dzien pozniej mialem sen, bardzo wyrazny. nazbyt wyrazny aby go zapomniec. snilo sie mi, ze bylem w sarajevie. wlasciwie to snilo sie mi, ze bylismy. nawet nie wiedzialem kto to byl ze mna, bo byl to ktos na pewno. ale pamietalem, ze jechalismy taksowka aleja marsala tita obok wiez UNIS. nawet pokazywalem, ze je odbudowali po wojnie. dalej obok holiday inn i na koniec aleja snajperow do budynku telewizji.

wszystko to bylo takie wyrazne jakbym widzial na zywo. nawet pamietalem, ze taksowka kosztowala 20 marek konwertybilnych. obejrzalem znowu 'aleje snajperow', zupelnie jakbym ogladal film o czyms niesamowicie znajomym. pomyslalem nawet welcome to sarajevo - reloaded? ten sen trzymal mnie dosc mocno przez kilka dni. mysl ta chodzila za mna. chodzila i nie dawala spokoju. nie pomagalo nawet przekonywanie samego siebie. a jak taka mysl meczyla to dusza sie w koncu poddala. przeniosla sie wiec wtedy ta dusza umeczona do miejsca, o ktorym mysl tak ja meczyla. z dusza nie bylo problemu. chwila wystarczyla i juz byla. z cialem bylo gorzej. cialo potrzebowalo dwoch nieprzespanych nocy i co najmniej trzech przesiadek aby znalezc sie tam gdzie przeniosla sie wczesniej dusza.

jeszcze kilka dni wczesnie wcale sie nie spodziewalem tego, ze sie tam znajde. nie spodziewalem sie, ze bede sie znajdowal gdziekolwiek indziej niz w gdyni lub warszawie. a wystarczyl jeden sen i wszystko sie odmienilo. wlasciwie to ja to wszystko odmienilem. kazdy element tego snu mial odzwierciedlenie na jawie. moze nie w takich samych okolicznosciach jak we snie, ale jednak. byla wiec taksowka, bylo 20 marek konwertybilnych. nawet ta taksowka sam nie jechalem. bylo holliday inn i wieze UNIS. byla tez aleja marsala tita, tak samo jak aleja snajperow. kiedy przez okno pociagu zobaczylem napis CAPAJEVO zdalem sobie sprawe z tego, ze sen sie spelnil.

w czasie poprzedniego pobytu na balkanach stwierdzilem, ze zwiedzanie ich bez samochodu jest bez sensu. obiecalem sobie, ze nastepnym razem pojawie sie tu z samochodem. to byl jeden z wazniejszych punktow programu tej wycieczki. wyposazyc sie w samochod. niestety w gre wchodzila tylko wypozyczalnia.

od poprzedniego razu tez chodzila za mna srebrenica. pojechalem do niej. najpierw przez wysokie gory, pozniej troche mniejsze, ale droga stala sie bardziej kreta. zakrety ostrzejsze, proste krotsze. wlasciwie nie przekraczalem 100 km/h. zrozumialem tez dlaczego do niektorych miejscowosci jezdzi sie naokolo. jak sie asfalt konczy to sie zaczyna jazda. do efektow dochodzi kurz i pyl za jadacym samochodem. raz malo nie wjechalem do odkrywkowej kopalni rudy srebra. tzn, wjechalem niemal do polowy, ale sie zorientowlem i wyjechalem. zrozumialem tez dlaczego droga, kurz i ziemia w ogole sa czerwonawe. najlepszy odcinek byl przed srebrenica, gdzie zaczal sie juz asfalt i bylo bardzo, ale to bardzo z gorki. sama srebrenica wydala sie calkiem cichym, malowniczo poloznym miasteczkiem. gdzie kosciol stal nieopodal meczetu. i az trudno bylo uwierzyc, ze kiedykolwiek wydarzylo sie tu cos zlego. wracalem noca, wtedy szybciej sie jezdzi. ksiezyc pieknie swiecil. na zakretach slyszalem ciche jeki opon. kilka razy zamienione w glosniejszy pisk. i nieustanne sekwencje zakretow. lewo, prawo, lewo, prosta, prawo, lewo, prawo, prosta, lewo, prawo, lewo, itd, itd.

po powrocie z srebrenicy chcialem poszukac dobrego punktu widokowego na sarajevo. zeby zdjecie jakies zrobic. znalazlem dwa, jedno wrecz filmowe. ale na niektorych uliczkach to sie zastanawialem czy podjade pod ta gorke, a jak juz podjechalem to czy z niej zjade bezpiecznie.

nastepnego dnia pojechalem do gorazde. dzien wczesniej wydawalo sie mi, ze jechalem bardzo kreta i bardzo stroma droga. do gorazde jechalem jeszcze bardziej kreta i jeszcze bardziej stroma. na dodatek jakies 40 km po zwirze, wiec wrazenia jeszcze silniejsze. ale za to jakie widoki byly. po drodze mijalem saperow rozminowujacych okolice. samo gorazde niczym nie zachwycilo oprocz niesamowitego widoku z gry gdy do niego dojezdzalem.

kiedy wrocilem do sarajeva i musialem oddac samochod przez dluzsza chwile zastanawialem sie czy nie przedluzyc wypozyczenia o jeszcze jeden dzien. pomyslalem, ze byc moze nastepnym razem. wiedzialem doskonale, ze kiedys przeciez tu wroce jeszcze.

w ramach oczekiwania na wieczorny pociag wybralem sie na wycieczke tematyczna o oblezeniu sarajeva. bylo raqczej malo ciekawe muzeum tuneli, pojechalismy tez na stary, zydowski cmentarz. widok z niego piekny, bo miasto polozone w dolinie otoczone jest dosc blisko stromymi wzgorzami. wiezowce w centrum byly prawie na wyciagniecie reki. sprzed bramy cmentarza widok na poczatek aleji snajperow - najniebezpieczniejszego miejsca w miescie podczas oblezenia. i zapewne wlasnie z powodu tego widoku na tym cmentarzu serbscy snajperzy rozlokowali swoja baze. przewodnik opowiada, ze w 1995, po blisko czterech latach oblezenia ONZ uznalo, ze sarajevo nie moze juz byc uznawane za 'bezpieczne miasto'. kazdego dnia na ulicach gineli ludzie, a ONZ nie potrafilo nic z tym zrobic. zrezygnowano wiec z utrzymywanie tej fikcji. na chwile zawiesil opowiadanie.

'i wtedy zdarzyl sie cud'.

ludzie popatrzyli sie po sobie w zdumieniu. cisza jak rzadko kiedy byla tak glosna. kontynuowal - i wtedy przyszlo NATO, piec dni nalotow na pozycje serbskie.
znow zawiesil na chwile opowiadanie. znowu cisza zrobila sie glosna. mialo sie wrazeniejakby ta nadal trwajaca cisze przeciely przelatujace mysliwce. tylko sie mi wydawalo, ale w tamtym momencie mozna bylo wyraznie uslyszec echa wydarzen sprzed ponad 10 lat.

i po blisko czterech latach oblezenia ludzie przestali ginac kazdego dnia - dokonczyl, a w dole miasto huczalo nadal swoim rytmem. kiedy slyszysz te slowa z ust rowiesnika, ktory przezyl owe cztery lata to wierzy sie, ze czasem cuda sie zdarzaja. rzadko, choc dla kogos postronnego wydaja sie one banalem, czyms oczywistym.

kilka godzin krecenia sie po miescie i nastal wieczor. tym razem zdecydowalem sie nie jechac przez mostar i dubrovnik, ale wrocic do budapesztu i stamtad zlapac pociag do belgradu. dzieki temu mialem okazje sie przekonac, ze za kazdym razem chorwacki maszynista szaleju sie najada i zasuwa spaliwnowa lokomotywa jak glupi osiol ile fabryka dala. chocby dla takich wrazen fajnie bylo jechac ta droga. efekty dzwiekowe niezapomniane. to po prostu trzeba przezyc.

jeszcze nigdy Belgrad nie byl dla mnie tak obcym miastem jak wtedy. czulem momentami sie jak nieproszony gosc. z reszta zadne miasto nigdy nie bylo dla mnie takie obce. w sensie, ze czulem sie jak nieproszony gosc. na ulicach i na cytadeli mnostwo mlodych ludzi. praktycznie wszyscy z kims. czasem z ta jedna osoba, czasem w wiekszej grupie. ale jednak w jakims towarzystwie. tylko ja sam. tak jakos dziwnie sie poczulem. wlasciwie to poczulem sie samotny. ten jeden raz. akurat w tym miescie.

byl nawet moment kiedy zapytalem sam siebie czy aby nie jest to juz czas wracac? tylko, ze nie za bardzo mialem do czego wracac albo do kogo. pewnie gdybym wtedy dostal jakis wyrazny sygnal ze juz czas to nie zastanawialbym sie ani chwili. tak jak kiedys, gdy bylem w lyonie i moje oczy zwrocone byly 600 km na poludniowy - zachod. wystarczyl wlasciwie tylko jeden sms i momentalnie spojrzalem sie dokladnie w przeciwnym kierunku. dzien pozniej ruszyl moj autobus. a po w sumie 35 godzinach podrozy sie spotkalismy. i bylo pieknie.

ale to bylo kiedys. bedac w belgradzie nawet nie wiedzialem od kogo moglbym sie spodziewac takiego smsa, jakiegokolwiek znaku w ogole. przeciez z nikim nie mialem i nadal nie mam az takiego kontaktu aby moja obecnosc w kraju byla nieodzowna. z wiekszoscia osob mam kontakt przez net. z nielicznymi, z ktorymi kontakt wkracza w rzeczywistosc widuje sie na tyle rzadko, ze nie ma znaczenia czy jestem w miescie, w innym kraju czy na ksiezycu. wazne abym wrocil caly i zdrowy.

za duzo myslalem o zyciu, o kobietach, o sobie samym. zdecydowanie za duzo. a jak raz zobaczylem pare mloda wychodzaca po ceremoni z kosciola to przez chwile cos mnie scisnelo. na szczescie przeszlo mi. pozniej powiedzialem sobie, ze nie ma co, trzeba jechac dalej. i tyle bylo w temacie mojego powracania. a smsy i maile wszedzie tak samo smakuja. a nawet gdzieniegdzie jeszcze lepiej.

z belgradu planowalem pojechac do kotoru, nocnym pociagiem. pociagiem to konkretnie do baru, a stamtad autobusem do kotoru.

i musze przyznac, ze sa takie miejsca na ziemi, ze kiedy sie tam jest to czlowiek czuje sie naprawde malutki. takim miejscem jest wlasnie zatoka kotorska. przestrzen trudna do ogarniecia percepcja, nieustannie oszukujaca wyobraznie. trzy miesiace wczesniej bylem tylko przejezdzem przez kotor z dubrovnika do podgoricy. wiedzialem tez wtedy, ze wczesniej czy pozniej tam wroce. nie tylko dla zdjec. wiedzialem tez, ze bez samochodu sie nie obejdzie. nie pomylilem sie.

prawde mowiac jesli cos mozna nazwac 'nieodkryta perla adriatyku' to wlasnie powinna byc tak nazwana cala zatoka. a nie odkryty juz przez setki tysiecy turystow dubrovnik. trudno inaczej powiedziec o tym cudzie przyrody, gdzie wysokie i strome gory opadaja wprost do morza. ogrom gor i zatoki po prostu przytlacza, a wszystko na pozor wydaje sie kameralne. i co chwila punkt, z ktorego rozposciera sie kolejny, niepowtarzalny widok. z reszta 80 km dookola zatoki w 5 godzin o czyms swiadczy.

jeszcze nie ma tam tych hord turystow. ale pewnie niedlugo juz beda. to czuje sie w powietrzu i na ulicach. choc pewnie jak sie juz pojawia to znikna rozproszone miedzy kolejne zaulki i zatoczki w zatoce, a gory i wysepki malowniczo skomponowane w jedna calosc.

to jest takie miejsce, w ktorym chcialoby sie zostac na dluzej, zapomniec o swiecie, zaszyc gdzies z dala od ludzi, najlepiej w jakims domu wyzej w gorach z pieknym widokiem na zatoke. a kazda z chwil tam to nowa okazja aby odkryc ten zakatek na nowo. byc moze dopiero po tygodniu, czy miesiacu moglbym powiedziec, ze sie mi ta cala zatoka opatrzyla.

w drodze z baru do kotoru poznalem mloda japonke, misaki. kiedys bylo to dla mnie nie do pomyslenia aby zawierac znajomosc z japonskim turysta. w koncu stereotypy skads sie biora. ale zycie napisalo przewrotny scenariusz i to co bylo dla mnie nie do pomyslenia stalo sie faktem. spedzilismy razem praktycznie dwa dni z w kotorze i jego okolicach. razem szukalismy kwatery, wozilismy sie po okolicy i spacerowalismy po miasteczku. byly tez rozmowy o chopinie i o roznicach pomiedzy europejczykami i japonczykami, bo oni chca sie nawet roznic od pozostalych azjatow. a takze o tym dlaczego tak chca nas nasladowac i, ze europejscy chlopcy tak sie podobaja japonskim dziewczynom. o tym ile i jak przebiega zawieranie znajomosci damsko - meskich w ich kulturze. o ich nietykalnosci cielesnej. bylo tez wrzucanie kamieni do zatoki. zupelnie jak dzieci. nigdy wczesniej bym nie pomyslal, ze moge spedzic czas z kims kto pochodzi z tego kraju. ale moze to dlatego, ze byla ona taka malo japonska. a ostatnia rzecza ktora bym u niej sie dopatrzyl byl pospiech. nawet jednym zdaniem przekonalem ja zeby pojechala pozniejszym autobusem do dubrovnika. zastanawiala sie doslownie chwile. a kiedy zegnalismy sie na dworcu zaskoczyla mnie uscisnieciem dloni. na ta jedna chwile zapomniala o swojej nietykalnosci. pojechala do dubrovnika, ja za chwile mialem autobus do baru.

siedzialem na peronie w miescie bar i czekalem na lokalny do pogoricy. nie dzialo sie praktycznie nic. az do momentu kiedy weszla ona. zwracala na siebie uwage, choc specjalnie o to nie zabiegala. dziewczyna o naturlanych blond wlosach i zielonych oczach w tej okolicy to rzadkosc. byla dosc wysoka, bardzo zgrabna, bardzo kobieca. i ta twarz. rzadko spotyka sie tak poukladana twarz. z akuratnymi ustami - wydatnymi, ale tez nie nazbyt. w rybaczkach i klapkach zdawala sie byc normalna dziewczyna, choc kazdy facet na peronie, niezaleznie od wieku, co i rusz spogladal w jej strone. nie byla sama, odprowadzal ja ojciec. stali i po prostu rozmawiali. swoim zachowaniem nie starali sie w zaden sposob zwrocic na siebie uwagi. ale kiedy w pewnym momencie ona zblizyla sie do niego i wyciagala mu jakas rzeske z oka to pozazdroscilem mu. obejrzalem sie tez wokol. nie tylko ja. ale po chwili znow zapanowala senna atmosfera. nadjechal pociag.

przez cala droge do podgoricy siedzielismy po przekatnej. czesto patrzyla sie w moim kierunku. czasem usmiechala, a czasem po prostu patrzyla. nie uciekajac wzrokiem przed moim spojrzeniem, jak to ma czesto miejsce u polskich dziewczyn. a kiedy nie patrzyla sie to ukradkiem spogladala czy ja sie patrze. i choc momentami bardziej zainteresowany bylem urokami jeziora szkoderskiego to bawilem sie w ta gre. kiedy wysiadalismy z pociagu spojrzala sie ostatni raz, delikatnie usmiechnela i wyszla. a ja zaraz za nia. w podgoricy mialem spedzic niecale 3 godziny. i po raz pierwszy widzialem takie miasto, ktore skalda sie tylko i wylacznie z przedmiesc, nawet w centrum. niewiele rozniace sie od jakiejkolwiek dzielnicy mieszkalnej w polsce. myslalem, ze miasto, ktore wczesniej nosilo dumna nazwe titogradu bedzie oczkiem w glowie marszalka. i niezaleznie od zrownania go z ziemia w czasie wojny swiatowej postaraja sie. a tu nic. przyznali mi to takze serbowie poznani w pociagu.

szybka przesiadka w belgradzie, bo w serbii chyba wszystkie pociagi lubia sie spozniac. chwila na pljeskavice na savskim targu i w duchu modliem sie aby ten pociag dojechal do budapesztu bez zbytniego opoznienia. na szczescie spoznil sie tylko 5 minut, mialem wiec nieco ponad godzine do odjazdu pociagu do warszawy. jakos ja przetrwalem.

i wlasciwie do samej warszawy obyloby sie bez przygod gdyby nie to, ze slowaccy konduktorzy wzieli sie za sprawdzanie biletow transgranicznych. kobieta o niesamowicie smutnym wyrazie twarzy przyszla do mnie kolo polnocy, gdy pociag minal juz ziline i zapytala sie mnie czy wysiadam w skalite, bo taki mam bilet czy jade do zwardonia. zdziwilem sie tym pytaniem, ale olalem ja i powiedzialem, ze jade do skalite. ale gdy pociag byl juz niedaleko skalite przyszla znowu i zapytala sie czy wysiadam. no to juz wtedy powiedzialem, ze jade do zwardonia. i musialem wykupic bilet za cale szczesc zlotych. zaplacilem jej w polskich, bo slowackich juz nie mialem.

po powrocie bylem pewien, ze niepredko udam sie w jakakolwiek podroz. a na pewno nie w ciagu najblizszych kilku miesiecy.


4 - 14 IX 2006 gdynia > warszawa > budapeszt > sarajevo > srebrenica > gorazde > sarajevo > budapeszt > belgrad > kotor > hercegnovi > perast > sveti stefan > kotor > bar > podgorica > belgrad > budapeszt > warszawa


© szorstky 2003 - 2014