główna       podróże       galeria       drogi       fotoblog       o mnie       kontakt



'uciec pociągiem od jesieni'

'raj, który stał się piekłem'
o podrozy do sarajeva myslalem od momentu odwiedzenia belgradu. bylo to bardziej samo myslenie niz jakiekolwiek dzialanie w tym kierunku. od czasu do czasu znajdywalem cos o tym miescie, jakies opis czyjejs podrozy tam, ale bylo tego niewiele.

decyzje, ze jade podjelem wieczor przed wyjazdem. cala noc spedzilem na poszukiwaniu biletu do budapesztu, ktory w tamta strone powinien sie mi jeszcze ostac. nie znalazlem go, pewnie zaginal w czasie przeprowadzki. w czasie tych poszukiwan momentami chcialem zwatpic w sens jechania, po cichu liczac, ze jednak uda sie mi ten bilet za dnia odnalezc. trudno, pojechalem bez niego.

w warszawie mialem okolo trzech godzin oczekiwania na pociag do budapesztu. w tym czasie spotkalem sie z kolezanka, z ktora nie widzialem sie prawie dokladnie rok. pozniej malo co na pociag sie nie spoznilem.

pociag bathory nie jest juz tym samym pociagiem, w ktorym sie kiedys tak zakochalem (to chyba odpowiednie slowo). w sumie nadal jezdzi z warszawy do budapesztu, ale to chyba jedyne co pozostalo bez zmian.

kiedys odjezdzal z dworca centralnego o 21:12, pozniej odjazd przeniesli na 20:50, nastepnie na 20:00. w czerwcu 2006 odjezdzal o 19:00. niby roznica zadna ,ale jednak dosc istotna. tym bardziej, ze dziwnym sposobem podroz miedzy tymi dwoma miastami wydluzyla sie o cale trzy godziny.

kiedys jezdzily takie bezprzedzialowe wagony wegierskie, teraz puszczaja zwykle polskie, nawet porzadne, ale jednak w zaden spospob nie sa bezprzedzialowymi. to bardzo istotna zmiana. przynajmniej dla mnie.

kiedys nie jezdzil tez przez bratyslawe, ale to akurat jest pozytywna zmiana.

no i kiedys dojezdzal dworca nyugati, teraz na keleti. co tez jest raczej pozytywna zmiana. tym razem nie mialo to dla mnie znaczenia, bowiem w bratyslawie przesiadlem sie na pociag amicus jadacy z brna na nyugati.

dojezdzajac do budapesztu zdalem sobie sprawe z tego, ze jesli zle pojdzie to bede musial zaliczyc w ciagu tych kilku godzin trzy dworce. najpierw przyjechac na nyugati, nastepnie kupic bilet i oddac bagaz do przechowalni na keleti i na koniec dostac sie na deli, skad odchdozil pociag do sarajeva. na szczescie okazalo sie, ze kasy miedzynarodowej na nyugati jeszcze nie zamkneli. znalazlem tez przechowalnie, przynajmniej udalo sie miuniknac turlania na keleti. chyba nigdy nie zapomne miny kasjerki kiedy poprosilem ja o bilet do sarajeva. najpierw popatrzyla sie na mnie jakbym poprosil o bilet co najmniej na ksiezyc, a nastepnie patrzac oczami w piec zlotych zapytala czy na pewno chodzi o sarajevo. kiedy potwierdzilem, ze tak, chodzi mi o sarajevo zrobila jeszcze bardziej zdziwiona mine, ale bilet wypisala.

pozostalo mi tylko jakos zorganizowac sobie czas na te kilka godzin pozostajacych do odejscia pociagu. po raz pierwszy naprawde odpuscilem sobie spacer po budapeszcie. poszedlem na wyspe malgorzaty i nei ruszalem sie stamtad przez dobrych kilka godzin. kiedy wychodzilem z metra na deli byla kontrola biletow. normalnie az chcialem zrobic im zdjecie. jednak prawdziwi kontrolerzy biletow w budapesztanskim metrze sa zupelnie odmienni od tych z fimu 'kontrolerzy'.

dworzec deli okazal sie najmniej ciekawym ze wszystkich budapesztanskich dworcow. choc jest calkiem zadbany zadbany i po prostu porzadny. jest tez bardziej ruchliwy niz nyugati, ktore jakby przypieralo w ostatnim czasie. w pierwszej chwili jak zobaczylem wagon jadacy do sarajeva to sie troche przerazilem. na szczescie brudny byl tylko z zewnatrz, w srodku byl o wiele porzadniejszy niz wiekszosc polskich wagonow. pozostalo mi tylko przetrwac dwunastogodzinna podroz przez chorwacje i republike serbska aby znalezc sie w sarajewie.

w pociagu poznalem ally'ego, szkota, ktora mial podobny plan podrozy do mojego. zgadalismy sie i wlasciwie przez prawie cala dalsza podroz trzymalismy razem.

dojezdzajac do sarajeva znowu przezywalem to swoiste deja vu. czulem sie tak jakbym tam juz kiedys byl, choc odwiedzalem to miasto po raz pierwszy. moze to deja vu, ktore odczuwalem w sarajevie nie bylo tak silne jak wtedy gdy bylem w belgradzie rok wczesniej, jednakze wszystko wydawalo sie mi niezwykle znajome i to nie ze wzgledu na to, ze jest to takze kraj slowianski i postkomunistyczny. po prostu jakbym kiedys juz widzial te budynki, ulice, miejsca, ludzi. moze w jakims snie.

pierwsze co skojarzylo sie mi po przyjezdzie do miasta to to, ze byl kiedys taki film o polskim tytule 'aleja snajperow', w oryginale 'welcome to sarajevo'. nakrecili go chyba z 10 lat temu. oczywiscie o zyciu w oblezonym sarajevie. zanim wyjechalem sciagal sie mi, ale obejrzec mi go przyszlo dopiero po powrocie, kiedys tylko poczatek widzialem.

i racje mial kto powiedzial, ze mozna sie rozczarowac nastawiajac na ogladanie samych powojennych zniszczen w sarajevie. te bylo gdzienigdzie widac, slady kul na murach, nadburzone budynki ale nie rzucaja sie one w oczy, nie kluja swym widokiem. sa poukrywane pomiedzy tym co powstalo po wojnie. wlasciwie to jesli dobrze sie przyjrzec to jest to calkiem normalny kraj, z drogami lepszymi niz u nas. nawet slynna aleja snajperow jest teraz tylko glowna aleja miasta i oprocz tablic z nazwiskami poleglych prozno szukac na niej czegokolwiek co swiadczyloby o jakiejkolwiek wojnie toczacej w tym miejscu.

od czasu do czasu mozna spotkac zniszczony budynek. raczej jednak opuszczony i nadgryziony zebem czasu niz trafiony pociskiem. z rzadka przemyka ulicami samochod EUFOR'u. jednak niknie w tlumie calkiem normalnych samochodow, najczesciej sprowadzanych z niemiec. miejscem najbardziej swiadczacym o wojennych koneksjach sarajeva z jakakolwiek wojna jest tablica wmurowana w sciane budynku naprzeciw mostu lacinskiego, obok miejsca, z ktorego gawrilo princip strzelal do arcyksiecia ferdynanda.

a tak to sarajevo, szczegolnie jego polozenie i starowka, bascisrija, przypomina troche zakopane.

w hostelu, w ktorym sie zalogowalismy bylo wlasciwie pelno ludzi, choc miejsc nie za duzo. dzieki temu panowala przyjazna, kameralna atmosfera i wieczorami trzymalismy sie razem. razem tez wychodzilismy cala grupa na imprezy, ktore polegaly na piciu piwa w dowolnie wybranym barze w centrum miasta. spedzilismy tam tylko dwa dni, wiec zaliczylismy tylko dwie imprezy.

po sarajevie przyszedl czas na mostar. miasteczko niewielkie, znane ze szesnastowiecznego mostu, ktory malowniczo laczyl dwa brzegi neretwy. ta zas dzielila miasto na czesc bosniacka i chorwacka. w czasie wojny chorwaci zburzyli ten most. po wojnie most odbudowano i oddano do uzytku w 2004. od tego czasu jest atrakcja turystyczna, ktora moze tlumow nie sciaga, ale i tak jest tam dosc ciasno. i tak na dobra sprawe to oprocz mostu w tym miescie nie ma nic ciekawego. wydawaloby sie wiec, ze jest to miasto tylko na jeden dzien. i takim by bylo gdyby nie to, ze nie moglismy wstac na autobus o 10 rano. wiec dnia nastepnego byl stari most reloaded. swego rodzaju deja vu, tylko mniej podazane. prowadzilo to do zartow w stylu 'has anybody seen that famous brigde in this city'. drugiego dnia rzygalismy juz tym mostem. ale przynajmniej fajnie sie pod nim pilo, bo czesc towarzystwa z hotelu w sarajevie znalazla sie takze w mostarze.

w ogole Mostar to calkiem przyjemne miasteczko. ale tylko na dzien lub maksymalnie dwa. pozniej zaczyna nuzyc. ile razy mozna chodzic po tym samym moscie? z reszta chodza po nim tylko turysci. poznany bosniak jak sie dowiedzial, ze jestem z polski to stwierdzil, ze musi sie ze mna napic napic sie nie napilismy, pokazal mi tylko mostar, a przy okazji po raz pierwszy od zakonczenia wojny znalazl sie po drugiej stronie rzeki. chorwaci tez jakos niespecjalnie sie zapuszczaja na bosniacka strone. taki urok tego miasta i jego mieszkancow. widocznie most zamiast laczyc dzieli.

aby dostac sie z mostaru do dubrovnika trzeba trzy razy przekraczac granice bosniacko - chorwacka. taki urok bylej jugoslawii. urok, na pewno niepowtarzalny ma slynna 'jedranska magistrala', ktora sie prowadzi nad samym brzegiem morza. choc jedranska jest na pewno, to magistrala juz nie bardzo. niemniej wrazenia sa niezapomniane. z jednej strony w dole morze, z drugiej zbocza gor.

sam dubrownik troche rozczarowuje. pelno tam turystow. a miasto stajac sie atrakcja na skale swiatowa poszedlo w slady pragii i stracilo swoj urok. nie pomagaja ani piekne polozenie, ani niesamowita starowka. czegos brakuje, a wlasciwie czegos jest za duzo. w lonelyplanet pisza zeby odkryc ta nieodkyta perle adriatyku. chyba za duzo osob kupilo to wydanie przewodnika. ceny ostatecznie pozbawiaja przyjemnosci z przebywania w tym miescie. zeby jeszcze w slad za tymi cenami szla jakosc to byloby pol biedy. wycieczka na wyspe lopud byla chyba gwozdziem do trumny.

tylko jak wyjezdzalem to przez chwile dubrovnik jakby na pozegnanie pokazal sie z zupelnie innej strony. z takiej, z jakiej chcialem go zobaczyc. moze wlasnie dzieki tym kilku chwilom nie przekreslam calkowicie tego miasta. moze wlasnie dzieki temu chwilowemu urokowi kiedys do tego miasta wroce.

kotor mial byc kulminacja tej calej podrozy. kiedy ogladalem zdjecia stamtad to powiedzialem sobie, ze musze tam pojechac. ale kiedy zobaczylem cala zatoke na wlasne oczy to mnie troche przygniotlo. dobre pol godziny autobus okrazal ja. pomyslalem, ze bez samochodu nie daloby rady tego ogarnac. dzien, nawet dwa to byloby malo.

wybor padl wiec na albanie. ten kraj to dla mnie swiat z innej bajki. juz sama droga z podgoricy na grance byla jak jazda przez dziki zachod. na granicy czekala mala, ale jakze przyjemna niespodzianka. polacy nie musza placic 10 euro za wjazd. tym zaszczytem oprocz nas wyroznieni sa tylko czesi i slowacy. z jakiej racji to nie wiem, ale milo.

w ogole to dziwny kraj. wszystko w nim jest dziwne. nawet ludzie majac na mysli 'tak' kreca przeczaco glowami. i na odwrot. co prowadzi czesto do smiesznych sytuacji. ale porozumieniwanie sie z nimi najczesciej frustrowalo. a tak to bardzo mili i pomocni. jak chodzby ci, ktorzy nas zabrali z granicy czarnogorsko - albanskiej do shkodry. nie dosc, ze nie chcieli za to zadnej kasy, to zaprosili nas na kawe oraz pokazali co i jak w shkodrze.

kraj prawie w srodku europy, a czlowiek czuje sie jak na bliskim wschodzie lub dzikim zachodzie. jest to oczywiscie bardzo biedny kraj, pelen jest kontrastow. prowincjonalna shkodra bardziej przypominala bliski wschod lub azjatyckie stepy czy nawet afrykanskie miasto niz europe. tirana dla odmiany przypominala juz tylko bliski wschod. totalne slumsy sasiadujace z wyelegantowanymi budynkami. nowoczesne mercedesy i hummery jezdza po bardziej dziurwaych ulicach niz polskie. choc to ostatnie wydawalo sie mi prawie niemozliwe.

najwieksza atrakcje stanowila podroz pociagiem ze shkodry do tirany. wagony pochodzily mniej wiecej z polowy XX w., jesli nie byly jeszcze starsze. w przedzialach ani na korytarzu nie bylo okien. to znaczy byly dziury i dolna czesc, a gorna tak jakby zostala wyjeta. no zeby bylo smieszniej to kibla tez nie bylo. 98 km w ponad 3,5 godziny. takie albanskie TGV.

wszedzie byly bunkry, cale ich mnostwo. w kazdym ogrodku obowiazkowo jeden. moze dlatego nie bylo az tak zajebiscie jak byc moglo. to powodowalo chec wydostania sie z tego kraju, w czym bylismy zgodni z allym. i tak wlasciwie to w momencie wyjazdu z tirany zaczal sie moj powrot do kraju. choc to kwestia umowna, ale chyba za powrot mozna uznac moment kiedy odleglosc od domu zaczyna sie zmniejszac.

plan byl taki: wyjazd z tirany do kosowa, pozniej przez macedonie do serbii i dalej do budapesztu. stamtad znana mi juz droga.

problemem pierwszym okazalo sie wydostanie z tirany i w ogole z albanii. ale udalo nam sie ten problem pokonac znajdujac biuro podrozy swiadczace uslugi przewozu ludnosci w kierunku kosowa. nie bylo to latwe. problemem drugim, zdecydowanie umownym byla ta dwunastogodzinna podroz w niezbyt komfortowych warunkach autobusem do prisztiny. jakies 350 km w 12 godzin. wynik super. tak samo jak widoki. te byly jak najbardziej niezapomniane.

problemem trzecim bylo to jak dostac sie z prisztiny do belgradu. problem jest, bo niby formalnie to jest jedno panstwo, a faktycznie to nie laczy je nic oprocz granicy. i objawienie na dworcu autobusowym w prisztinie - jest bezposredni autobus do belgradu. moze nawet uda sie mi dojechac przed 22 i zdarzyc na nocny pociag do budapesztu, a wtedy mialbym dzien do przodu w calym tym planie. autobus byl i nawet udalo sie mi kupic bilet. tak wiec kolejne godziny mijaja. kilometry takze.

problem czwarty to wspomniana sprawa kosowsko - serbska. sprawa ta objawila sie mi w postaci kosowskiego pogranicznika, ktory obwiescil, ze ja tej granicy przekroczyc nie moge. i nawet nie dlatego, ze taka byla jego zla wola, ale po prostu serbscy policjanci widzac stempelek UNMIK zawracaja w 100%. a stempel ten az bil po oczach swoja niebieska barwa i wyroznial sie z calej reszty. uparlem sie, bo co mialem do stracenia? wizja wysiadki z autobusu na granicy, cofniecia do prisztiny i jechania do belgradu przez macedonie nie za bardzo sie mi podobala. tym bardziej, ze nie wiedzialem jak dostac sie z powrotem do prisztiny i czy nie musialbym zaiwaniac naokolo do budapesztu przez bulgarie i rumunie. na szczescie serb pieczatki nie zauwazyl, moze nie chcial zauwazyc. choc tak naprawde to spokojny bylem w momencie kiedy dostalem paszport z powrotem w rece. pozostalo tylko oczekiwac, ze nie trafi sie jakis nadgorliwy w suboticy i nie przywali sie do tego nieszczesnego stempelka UNMIK. oraz braku takowego na granicy kosowsko - serbskiej. wciaz formalnie te dwa obszary to jedno panstwo.

problemem piatym byl belgrad. wlasciwie moja sympatia do tego miasta. bo jak tu tylko przelotnie pobyc 5 godzin kiedy by sie chcialo dwa albo trzy dni? ale plan jest planem i trzymac sie go trzeba bylo. pljeskavica na savskim targu byc musiala.

problemem szostym i mam nadzieje ostatnim mial byc pociag z belgradu do budapesztu. wlasciwie wczesna pora o jakiej przybywal do celu - 5:03. niefajna zdecydowanie. pocieszalem sie, ze ten pocoag nigdy nie przyjezdza punktualnie. zanim ruszyl to w duchu modlilem sie aby tym razem mial co najmniej godzine spoznienia. nie chcialem sie szlajac po miescie o tak wczesnej porze. moja modlitwa zostala wysluchana. nie zdarzylismy wyjechac jeszcze z belgradu, a okazalo sie, ze pociag jedzie w zlym kierunku. pociag, a nie ja sam. trzeba go bylo zawrocic i wtoczyc na odpowiednie tory. czegos takiego to w zyciu nie widzialem, ani nie slyszalem aby ktokolwiek widzial. pol godziny opoznienia. wydawalo sie mi, ze dalsza podroz uplynie bez niespodzianek w towarzystwie czterech fajnych dziewczyn, z czego jedna byla naprawde fajna. pozniej na kolejnych stacjach zostala wymieniona na dwie niemniej fajne. a te na powitanie daly sobie soczystego buziaka. az milo bylo popatrzec. zyc nie umierac, pomyslalem. tak jak zawsze marzylem aby jechac w takim skladzie w przedziale to te marzenie prawie idealnie sie spelnilo. co prawda pogadac bylo trudno, bo serbskie wegierki byly niekumanistyczne, a irlandki nazbyt senne. ale jak przystalo na porzadnego dwudziestoparoletniego piecdziesieciolatka to wystarczylo mi popatrzec. z takiej odleglosci bardzo dobrze widac. i niestety ta idylla zostala przerwana wlasnie w suboticy, gdzie kazano wszystkim zmienic wagon. na taki sam tylko podczepiony z tylu skladu. jaki sens tego byl to nie wiem. nawet myslalem aby wbic sie do przedzialu o takim samym numerze i zajac to samo miejsce, a cala reszta moze by dobila. niestety okazalo sie, ze przedzial taki byl juz zajmowany przez cyganska rodzine. moglbym sprobowac ich stamtad wywalic, ale wczesniej zdarzyli juz ten przedzial doslownie zarzygac, wiec zonk. zajalem jednak przedzial z jakas dziewczyna, ktora czasem nawet sie do mnie usmiechala. tak wiec ze stacji kelebia odjazd odbyl sie o 4 rano. dwie godziny spoznienia murowane. tym razem byla to dla mnie dobra wiadomosc.

problemem siodmym bylo 10 godzin do odjazdu pociagu do warszawy. prawde mowiac to ja nawet nie wiem jak przebalowalem te 5 do poludnia kiedy to spotkalem znajomego kanadyjczyka z dubrovnika, z ktory jechal do zagrzebia. przy piwie siodmy problem sam sie rozwiazal, a wlasciwe to rozwiazalo go ponad godzinne czekanie w kolejce po zakup biletu w kasie miedzynarodowej. czego efektem bylo to, ze uciekl mi pociag do bratyslawy o 12:05. ale nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo. nie dosc, ze mialem towarzystwo na kilka godzin, to obeszlo sie bez zbednych kombinacji i szlajania po bratyslawie.

problemem osmym i ostatnim bylo to,ze mialem bilet tylko z budapesztu do bratyslawy. dalej radz sobie czlowieku sam. ten problem byl akurat zaplanowany i celowy. prawie godzinny postoj pociagu w bratyslawie jest jakby specjalnie stworzony tylko po to aby wysiasc na hlavni stanicy, dokonac odpowiedniego zakupu i spokojnie, bez pospiechu wsiasc do tego samego pociagu. inaczej wyjasnic tego nie potrafie. reszta podrozy, do samej gdyni obyla sie bez zadnych problemow. celowych czy tez niezamierzonych.

niemniej jak zwykle caly i zdrowy (na ciele i umysle) dotarlem do domu po tym czterodniowym powrocie. przyznam,ze takiego powrotu jeszcze nie mialem. i zapewne juz miec nie bede.

po powrocie obejrzalem 'aleje snajperow' i 'underground'. doszedlem tez do wniosku, ze kraj, czy tez kraje, ktore mogly, byly i jeszcze moga stac sie wysmienitymi miejscami do zycia, staly sie na kilka lat pieklem dla swoich mieszkancow. skonfrontowalem takze wyobrazenia produkowane przez lata w mediach z rzeczywistoscia. przekonalem sie o prawdziwym obliczu tamtej wojny, ktora tak bardzo zakorzenila sie w swiadomosci, we wspomnieniach sprzed nieco ponad 10 lat.

a ludzie, ktorzy uwiklali sie w wojne ze swoimi niedawnymi wspolobywatelami okazywali sie ujmujaco sympatyczni, nienachalni. doskonale rozumieli pojecie slowianska dusza, sami je wypowiadali. sami mowili, ze niewazne czy ktos jest bosniakiem, serbem czy chorwatem. wazne jakim jest czlowiekiem. i te piekne dziewczyny, wcale niebrzydsze niz polki, czasem nawet ladniejsze. tak na dobra sprawe to mozna byloby tam pojechac i zostac na dlugi czas. na pewno rejon ten nie znudzilby sie tak szybko jak ktorykolwiek kraj zachodnioeuropejski.

tylko ta mysl wraca do mnie jeszcze dzis jak bumerang - jesli zyje sie w takim miejscu to po co wywolywac wojne? na to pytanie pewnie sami zainteresowani nie potrafia odpowiedziec, choc podejmuja pewne proby. jest to chyba typowa reakcja kazdego spoleczenstwa zamieszanego w jakis sposob w dzialania wojenne.

mogli zyc w raju, a zyli w piekle.


31 V - 13 VI 2006 gdynia > warszawa > budapeszt > sarajevo > mostar > dubrovnik > podgorica > shkodra > tirana > pristina > belgrad > budapeszt > gdynia


© szorstky 2003 - 2014