główna       podróże       galeria       drogi       fotoblog       o mnie       kontakt



'znikający punkt'

gdzies w pazdzierniku 2004 przypomnialem sobie film z lat siedemdziesiatych, wlasnie pod tytulem 'znikajacy punkt'. zafascynowalem sie idea jechania przed siebie i nie zatrzymywania z byle powodu. z biegiem dni ta idea stawala sie dla mnie coraz bardziej realna w realizacji. za punkt docelowy obralem gibraltar. nie bylo chyba bardziej odleglego miejsca znanego mi konkretnie. tym bardziej miejsca, do ktorego wiedzialbym jak dotrzec. dystans ponad 3500 km wydawal sie takze odpowiednim wyzwaniem. szczegolnie jesli w smialych zamierzeniach planu maksimum chcialem pokonac go w mniej niz 24 godziny.

blisko miesiac sie z tym planem nosilem, nie oglaszajac go, jedynie raz cos napomknelem, ale zostalo to potraktowane jako kolejny z moich pomyslow, ktore pewnie nigdy nie zostana zrealizowane. nawet odnioslem wrazenie, ze kilka osob nie podziela mojego entuzjazmu co do pokonywania takiego odcinka drogi. ja juz jednak bylem zdeterminowany zeby jechac. na przeszkodzie staly mi tylko dwie rzeczy - brak paszportu i brak samochodu.

w niedzielny wieczor ostatecznie wyznaczylem date wyjazdu na srode. i wiedzialem juz, ze pojade sam. wiedzialem tez, ze oprocz jednej osoby nikt nie bedzie wiedzial gdzie jestem. niektorzy beda mogli sie domyslac, ale pewnosci miec nie beda. wiedzialem tez, ze na caly czas kiedy bede za granica wylacze telefon.

do srody ze wszystkim sie wyrobilem. w poniedzialek odebralem paszport, a w srode popoludniu wynajalem samochod. gosc w wypozyczalni znajac moje zamilowanie do dalekich podrozy zapytal sie czy tym razem bede tez duzo jezdzil. odpowiedzialem, ze troche na pewno. wjechalem wieczorem. po prostu wychodzac z domu bez wiekszych przygotowan, z tym co najniezbedniejsze. tym razem nawet mapy ze soba nie wzialem. z warszawy przez opole do zgorzelca zajelo mi to okolo 5 godzin.

przez niemcy w okolice norymbergi bym przemknalem gladko, szybko. pozniej zaczal sie spory ruch na autostradach i... atak zimy. jazda nie szla juz tak gladko i szybko, bardzo mnie meczyla. po wjechaniu do francji czulem sie totalnie wypluty. zas sam kraj jakby odstraszal od dalszej podrozy. nadal bylo zimno, widoki nieciekawe i wszystko takie nijakie. dopiero za lyonem zaczelo robic sie przyjemnie. w koncu slonce wyszlo zza chmur i czuc bylo znacznie cieplejsze powietrze. tamtez pomiedzy lyonem a marsylia kilka razy stracilem okazje do zrobienia ciekawego zdjecia, wolalem sie nie zatrzymywac na autostradzie. a miejsc postojowych nie bylo.

po zmroku przerzedzilo sie na autostradzie i jazda stala sie czysta przyjemnoscia. na granicy z hiszpania troche sie zdziwilem bo straznicy patrzac sie na moja rejestracje puscila mnie bez zatrzymywania, a jadacego za mna francuza wzieli na bok. juz bylem po drugiej stronie pirenejow. ostatni, najprzyjemniejszy rozdzial podrozy na gibraltar. najdluzszy, ale najspokojniejszy i najprzyjemniejszy. dzieki wysmienitym autostradom, zdecydowanie mniejszemu zatloczeniu ich, a na dodatek wyraznie dalo sie odczuc ocieplenie i zmiane klimatu.

droga caly czas bylaby prosta i latwa gdyby nie pewien moment - wiedzialem,ze mam caly czas jechac AP-7 i [E-15]. droga ta prowadzila prawie pod sam gibraltar. ale w pewnym momencie bylo rozwidlenie i AP-7 w jedna strone, na kartagine, a [E-15] w druga, na murcie. przydalaby sie w tamtym momencie mapa, ktorej nie mialem. a zadnego z tych miast nie zapamietalem jako kierunkow jazdy. wybralem jednak AP-7, co okazlo sie bledem, ktory szybko udalo sie mi naprawic.

dziwnie jechalo sie mi przez sierra nevada w okolicach grenady. i do dzis nie wiem czy bylo to wynikiem sporego juz zmeczenia, czy jakis dziwnych klimatow panujacych w tych gorach. faze zlapalem gdy gdzies obok autostrady wysiadlem sie zalatwic i po chwili wrocilem do samochodu. mialem dziwne wrazenie jakby ktos byl w srodku jeszcze oprocz mnie. zas nastepnych dwoch godzin nie pamietam. jakby mnie wtedy nie bylo, albo moja swiadomosc wyszla sobie ze mnie i usiadla na fotelu obok.

po 29 godzinach jazdy i zobaczeniu z oddali skaly moglem w koncu odpoczac. sen przyszedl szybko i trwal wyjatkowo dlugo jak na tak niewygodne warunki do spania. gdy sie obudzilem wystarczylo mi tylko przekroczyc granice. a za nia troche inny swiat. zupelnie jakbym sie przeniosl na wyspy: pietrowe autobusy, uczniowie w jednkowych mundurkach, angielscy bobbies jako policjanci, funty zamiast euro, bez problemow po angielsku mozna sie dogadac.

pozostalo mi tylko cieszyc sie miejscem, do ktorego dotarlem. zaliczylem przyladek europa, z ktorego rozposciera sie wspanialy widok na ciesnine i drugi brzeg - juz afrykanski. jaskinia sw. michala z niesamowitymi formami stalaktytow, stalagmitow i stalagnatow w srodku. oraz malpami, ktore zajumaly mi kanapki. troche im na to pozwolilem. stojac wtedy na przyladku i patrzac na afryke pomyslalem, ze niby dlaczego nie mialbym pokonac tych 23 km przez ciesnine kiedy przejechalem ich ponad 3500.

wyjazd z gibraltaru okazal sie trudniejszy niz wjazd, a kolejka na przejsciu przypominala sceny z naszych przejsc granicznych sprzed jakiegos czasu. mialem okazje przekonac sie, ze spor miedzy hiszpania a wielka brytania o ten kawalek skaly pomimo lat nadal trwa. chocby pod postacia tablicy informujacej wyjezdzajacych, ze 'oni chca polozyc na nas lape'.

zaczynalo sie sciemniac a ja nawet nie wiedzialem kiedy odchodza promy. jadac autostrada widzialem praktycznie na kazdej stacji tablice, ze sprzedaja tam bilety na promy do ceuty i tangeru. sadzilem, ze najlepiej bedzie je kupic w samym terminalu portowym. ale terminal okazal sie tylko i wylacznie terminalem zaladunkowym i wrocic sie musialem na autostrade, znalezc odpowiedni przybytek handlowy i tam kupic bilet.

kiedy juz znalazlem i wchodzac oswiadczylem z obledem w oczach dokad chce bilet, sprzedawca najpierw spojrzal sie flegamtycznie na zegarek (byla 19.54), nastepnie na rozklad rejsow (najblizszy prom odchodzil 20.00). wykonal jeden telefon i wiedzialem, ze musze sie pospieszyc. wypisanie zajelo chwile. troche dluzsza zajelo dojechanie na terminal (12km). ale ostatecznie kiedy wjezdzalem na prom byla godzina 20.02.

na promie troche rzucalo, bo ten zasuwal calkiem zacnie. dalo sie to szczegolnie odczuc w ladownii gdzie wyly alarmy w samochodach, a one same podnosily sie i opuszczaly na amortyzatorach. tylko 35 minut i przy dzwiekach 'marrakech' zjezdzalem na afrykanski lad. pierwsze co rzucilo sie mi w oczy, byl to drogowskaz na marruecos. niechybnie oznaczalo to, ze tedy do maroka. a tam i tangier, i rabat i sam marakesz. pustynia i ocean. mnie tam jeszcze nie bylo.

niestety, dwie godziny na granicy okazalo sie fiaskiem podsumowanym jednym zdaniem 'no visa - no entry'. poltora miesiaca pozniej maroko znioslo wizy dla obywateli polskich.

niepocieszony wrocilem do ceuty i postanowilem odkryc uroki tego miasta noca. a bylo ich calkiem sporo. calkiem egzotycznych jak dla przecietnego polaka. twierdza z czasow kolonijnych byla jedna z wielu atrakcji, ktore oferowalo to z pozoru nijakie miasto. wystarczylo sie dobrze rozejrzec. a bylo co ogladac.

wlasciwie to cale miasto jest dosc niezwykle ze swoimi waziutkimi jak w sredniowieczu uliczkami zabudowanymi nowoczesnymi budynkami. i choc to jeszcze unia europejska, to czuc bylo juz, ze to jednak juz afryka. zupelnie inne powietrze, ludzie jak to hiszpanie z poludnia niezbyt spieszni ale wyjatkowo mili i uczynni.

za dnia jeszcze bardziej mozna bylo poczuc odmiennosc tego miejsca. wysoko swiecace slonce ogrzewalo powietrze do ponad 25oC a cieply wiaterek glaskal palmowe liscie na tle niebiesciutenkiego nieba. czas bylo znowu pokonac ciesnine. przywitac stary kontynent, choc tak nie do konca sie z nim pozegnalo, o czym swiadczyly chocby niebieskie flagi z dwunastoma zoltymi gwiazdkami.

i wlasciwie zaczal sie powoli powrot. na chwile wstpilem jeszcze na gibraltar, obejrzec go z drugiej strony, tej mniej uczeszczanej. i wlasciwie nieznanej turystom. stal tam tez pomnik poswiecony gen. sikorskiemu stworzony z oryginalego smigla samolotu, w ktorym sie rozbil.

pozniej przez granice z powrotem do hiszpanii i skierowalem sie na wschod, a potem na polnoc. wzdluz morza srodziemnego. mijajac po drodze malowniczo polozone miasteczka nad samym brzegiem albo gdzies wyzej w gorach, mijajac niezliczone gaje oliwne. aby dotrzec do barcelony. nie przerazilo mnie nawet jak zobaczylem na drogowskazie, ze jest do niej jeszcze 1145 km (tyle co z warszawy do moskwy - pomyslalem). byla godzina 18.00 a ja planowalem byc tam w nocy. najlepiej, choc malo realne, jeszcze przed polnoca. pusta i dobra droga sprzyjala szybkiej jezdzie. przed polnoca sie nie udalo dotrzec. ale niewiele po godzinie drugiej mijalem tabliczke z napisem barcelona.

to miasto to dla mnie miasto marzen mlodzienczych. odwiedzalem je wczesniej dwa razy, zawsze czujac niedosyt. zawsze odnajdujac cos ciekawego. i tym razem jeden dzien i pol nocy tam spedzone to za malo. dla mnie nawet tydzien byloby za malo. wlasciwie to niewiele zobaczylem, odwiedzilem jedynie znane sobie miejsca. i to nie wszystkie, ktore chcialem odwiedzic. w ogole to tym razem barcelona byla inna niz ja pamietalem bedac tam ktoregos lata w sierpniu. nie bylo tych tlumow turystow, nawet na las ramblas. w porownaniu z moimi wspomnieniami byla troche nawet jakby wymarla. tak, przyjade tam kiedys na tydzien, albo i dluzej.

jakos tak po godzinie drugiej w nocy wyjechalem z barcelony. choc pewnie gdybym mogl to spedzilbym tam tyle czasu ile uznalbym za stosowne. a tak to czas mnie powoli zaczynal gonic.

znow w droge na polnoc, polnocny wschod. gdyby nie porywisty wiatr, ktory rzucal samochodem po calym pasie to jazda znowu bylaby czysta przyjemnoscia. na szczescie za pirenejami bylo pod tym wzgledem o wiele lepiej.

dojezdzajac do lyonu pomyslalem sobie,ze moglbym sie przejechac TGV do paryza i z powrotem. tak tez mialem zamiar uczynic. nawet sie dogadalem z francuzem po angielsku, co bylo ewenementem. na przeszkodzie stal jednak brak autoryzacji karty, ktora to chcialem zaplacic za bilety. z bankomatu tez nie dalo rady. o dziwo udalo sie mi zakupic bezgotowkowo benzyne. przekonany, ze to chwilowa awaria sysytemu bankowego udalem sie znowu na dworzec. ale i tym razem byl zonk. na domiar zlego francuzka, ktora tym razem mnie obslugiwala na zlosc belkotala po francusku. a potafila doskonale mowic po angielsku, co pokazala gdy zapytala sie mnie zniecierpliwiona moja nieznajomoscia fracuskiego o klase, ktora chce jechac. i wciaz nie wiedzialem co dokladnie bylo przyczyna.

powstal problem, bo nagle zdalem sobie sprawe z tego w jakiej beznadziejnej sytuacji sie znalazlem. pal licho TGV i ten caly urokliwy paryz. do domu mialem okolo 1800 km, do granicy polskiej okolo 1300. a tam bylbym juz uratowany, bo jakies zlotowki sie mi uchowaly. w kieszeni tylko niecale 50 euro co niechybnie wskazywalo na to,ze nawet przy pomyslnych wiatrach paliwa zabraknie mi jeszcze w niemczech. pomijajac juz nawet oplaty za autostradach na 45 litrach w baku i drugich tyle ewentualnie zatankowanych na stacji musialem przejechac przynajmniej 1300 km, byle do granicy. tylko jak tego dokonac skoro wczesniej na jednym tankowaniu przejezdzalem po 450-500 km. prawie niemozliwe.

no ale mnie sie nie spieszylo tym razem,wiec moglem jechac wolniej. efekt byl taki,ze tankujac sie w niemczech niedaleko karlsruhe mialem przejechane od tankowania ponad 600 km. ale i tak pozostawalo ponad drugie tyle do granicy. musialem jechac jeszcze wolniej. i jechalem... po 80-90 czasem 100 km/h po niemieckiej autostradzie. kazdy mnie wyprzedzal ze swistem. jechalem nie przekraczajac 100 km/h tam gdzie nie ma ograniczenia predkosci. ja. ale udalo sie. przekraczajac granice w Zgorzelcu na liczniku wybilo 640 a kontrolka rezerwy nawet sie nie zaswiecila. pomyslalem, ze moge jechac dalej i dojechalem az do wroclawia. ostatnie 30 km jechalem z dusza na ramieniu, bo nie bylo zadnej stacji, a kontorlka nie dosc, ze sie swiecila to na dodatek mrugala. a to znaczylo ze jest zle. wykatkowo zle. na oparach wjechalem na stacje. po tankowaniu skasowalem licznik wskazujacy 796 km przejechane od karlruhe.

przejechanie ponad 3500 km i trafienie bez mapy na gibraltar jest niczym. trafic do brennej, malej wioski pod bielskiem biala, bez mapy to jest mistrzostwo. ja trafilem przynajmniej.

powrot z brennej do warszawy nie bylby juz tak emocjonujacy gdyby nie to,ze zostalem zatrzymany przez policje. z dusza na ramieniu wsiadalem do radiowozu i modlilem aby nikt nie dopatrzyl sie przekroczonego limitu punktow na moim prawie jazdy. o dziwo i tym razem sie mi udalo. przekonalem policjanta, ze bede jechal wolno - powiedzialem, ze mam niewiele ponad rezerwe i musze dojechac do samej warszawy na tym co mam, a co za tym idzie bede na pewno musial jechac wolno. zreszta sie nie spieszylem.

okolo czwartej nad ranem kiedy ujrzalem tabliczke z napisem warszawa. juz dawno jej widok nie sprawil mi takiej radosci. podjechalem pod slup stojacy w centrum i pokazujacy odleglosci do miast swiata. do madrytu napisane jest 2287 km (chyba w lini prostej). ja zrobilem od tego miejsca tam i z powrotem w te kilka dni dokladnie 7997 km.

dojezdzalem do domu i czulem, ze moglbym jechac jeszcze dalej. nie czulem zadnego zmeczenia ani checi odpoczynku. pomyslalem tez o tym gdzie moglbym pojechac nastepnym razem. moze na nordkapp. po tej wycieczce ochrzcilem siebie 'niezmordowanym zdobywca drog i nieustraszonym pogromca kilometrow'.


10 - 17 XI 2004 warszawa > gibralar > ceuta > gibraltar > barcelona > lyon > brenna > warszawa


© szorstky 2003 - 2014