główna       podróże       galeria       drogi       fotoblog       o mnie       kontakt



'damy radę razem'

spotkalem raz czlowieka. bylo to na imprezie, mocno sobie popilismy. on opowiadal mi o swoich planach wyjazdu w najblizszym czasie. kiedy wytrzezwialem plan pojechania autostopem i mieszkania pod namiotem wydal sie mi calkiem sensowny.

przez nastepne dni rzucilem prace, ta sama, ktora odzyskalem w marcu roku poprzedniego. i zastanawialem sie co i jak. no i czy w ogole. nie mialem doswiadczenia w jezdzeniu autostopem i spaniu pod namiotem. ostatecznie jednak zdecydowalem, ze jak nie wiem to sie dowiem.

w niedziele, w tydzien od pierwszej mysli w ogole o wyjezdzie caly pomysl nabral ksztaltu. chcialem jechac do amsterdamu. co dalej - sie zobaczy. nie wiedzialem kiedy wroce, a spieszyc mi sie nie spieszylo. bylo to tez chyba jedyna podroz, o ktorej wiedzieli wszyscy znajomi, nawet na bloga wrzucilem informacje o tym. tymsamym zglosila sie jedna osoba chetna na podroz. to byla noc z niedzieli na poniedzialek. w srode, czwartek planowalem wyjechac.

tak wlasciwie to mialem tylko dwa dni na przygotowanie sie. nocami prowadzilismy z kasia, bo tak miala na imie dziewczyna, rozmowy i uzgodnienia. telefoniczne, bo ona z opola, ja z warszawy. rzucalismy pomysly, dyskutowalismy. az doszlismy do wniosku, ze najpierw jednak berlin, pozniej albo londyn albo amsterdam. we wtorek kupilem bilety na czwartek na pociag do berlina, bo nie bylo sensu pchac sie stopem przez polske. zas niemcy pod tym wzgledem sa o niebo lepsze. wzajmnie sie tez podbudowywalismy, bo oboje w temacie bylismy zieloni jak szczypiorek na wiosne. kasia czesto na pocieszenie powtarzala slowa jakiejs piosenki 'i tak damy rade razem'.

nadszedl dzien wyjazdu, godzina 11:30 z dworca centralnego. kasia miala przyjechac ic z opola o 9:33, mielismy wiec okolo dwoch godzina na poznanie sie zanim wsiadziemy razem do jednego przedzialu. jednak jak juz sie poznalismy i chwile na kawie posiedzielismy to ja zaczalem biegac za ubezpieczeniem. wracalem sie na dworzec po zrobienie zdjecia, ktore mimo uplywu lat jest chyba moim najlepszym zdjeciem w ogole.

szesc godzin miedzy warszawa a berlinem uplynelo bardzo szybko. caly czas rozmawialismy, co wrozylo dobrze na dalsza podroz. nim sie zorientowalismy byl juz berlin zachodni, dworzec zoologischer garten. i w tym momencie nie wiedzielismy co dalej. ajpierw pojechalimy jakas kolejka na schoenfeld zeby sie dowiedziec o samoloty tanich lini lotniczych. wtedy to byla jeszcze nowosc, a zadne z nas nie mialo z tym do czynienia. okazalo sie, ze z tego nici i londynu nie bedzie. pojechalismy z powrotem na zoo. po drodze spotkalismy jakiegos japonczyka. tez sie krecil po berlinie bez pojecia. zaczelismy sie wiec krecic razem. w hostelach nie bylo miejsc, wiec pozostawalo nam tylko znalezienie jakiegos kempingu, pola namiotowego, w najgorszym razie kawalka trawy na odludziu. ale trudno znalezc odludny kawalek trawy w samym centrum miasta. ruszylismy na obrzeza, w strone krauzberg'u. tam szukalismy bezskutecznie az ostatecznie rozblismy namiot w jakichs krzakach pomiedzy rozjazdami autostrady. zanim do tego doszlo kazde z nas mialo po kilka chwil zwatpienia, w czasie ktorych chcialo z powrotem wrocic do domu.

rano pobudzili nas sprzatajacy te okolice. na pytanie o pole namiotowe pokazali druga strone stacji kolejki. my jednak chcielismy sie wydostac z berlina. kilka krokow do autostrady i to na niej zaczelismy lapac stopa. czasem sie ktos zatrzymywal, bo to takie dziwne miejsce bylo, niby zatoczka dla autobusow. ale generalnie ludzie pokazywali zebysmy staneli dalej. ostatecznie zatrzymala sie policja i kazala przeniesc na druga strone ogrodzenia. pojechalismy kolejka w inne miejsce. niedlako wjazdu na avus, odcinek autostrady prowadzacy z centrum berlina do jego obwodnicy. tam stalismy kilka godzin, bezskutecznie probujac zlapac cokolwiek. ostatecznie przenieslimy sie do michendorfu, miescinki niedaleko berlina, lezacej przy samej autostradzie A2.

tam nie czekalismy dlugo, mniej wiecej 20, moze 30 minut i zabralo nas mlode malzenstwo jadace do magdeburga. mimo, ze jechali fabia z malym dzieckiem i mnostwem bagazy znalezli dla nas miejsce. jak sami przyznali sami kiedys jezdzili na stopa i wiedza jak to jest. zawiezli nas kilka kilometrow za magdeburg, na stacje zebysmy znow nie musieli stawac przy samej drodze. bedac juz sami wypilismy kawe i zaczelismy lapac stopa dalej, bylo ok. 20, slonce powoli zachodzilo.

zabralismy sie pierwszym samochodem jaki sie zatrzymal, jaki w ogole wyjezdzal ze stacji. gosc mial na imie ingo i jechal do samej kolonii. gdybysmy nie upierali sie przy amsterdami to moglibysmy jechac wlasnie tam. nie pomyslelismy wtedy o tym. trzy godziny do zaglebia ruhry minely bardzo szybko. szczegolnie, ze ingo nie zalowal samochodu. rozmawialo sie nam swietnie, o wszystkim. o polakach i niemcach, o podrozowaniu, o zyciu jako takim. nie wiem czy to byla kurtuazja z jego strony, ale stwierdzil, ze woli zatrudniac polakow niz niemcow ze wschodu. co bylo jakims szokiem dla nas, ale z biegiem czasu jednak sie potwierdzilo. wysadzil nas na stacji niedaleko dortmundu, na ktorej znalezlismy calkiem fajna miejscowke na rozbicie namiotu. niestraszna nam byla nawet biegnaca nieopodal autostrada, bo chronily nas od halasu drzewa i wal ziemny.

lezelismy i patrzylismy sie w gwiazdy. pozniej w naszych wspomnieniach tamten moment funkocjonowal jako ogladanie gwiazd pod westfalskim niebem. w koncu czulismy, ze to jest przygoda na jaka czeka sie cale zycie, a mozna ja przezyc tylko w mlodosci. to nie bylo juz szarpanie sie z berlinem zeby nas wypuscil. to byl autostop i spanie pod namiotem jakiego oczekiwalismy. choc tak wlasciwie to byl przedsmak tego co nas czekalo to czulismy sie szczesliwi. kasia sie poplakala z tego szczescia. mi pozostalo tylko westchnac.

nie zamierzalismy marnowac nastepnego dnia i wkrotce po obudzeniu sie i zebraniu stanelismy przy wylocie na autostrade. pierwszy samochod sie nie zatrzymal, drugi tak i sie nim zabralismy. gosc za cholere nie mowil po angielsku, nie czail tez tego jezyka, wiec ja musialem przypomniec sobie jak sie mowi po niemiecku. dalismy rade. krotki odcinek do centrum dortmundu pokonalismy bardzo szybko, bo gosc jeszcze mniej zalowal samochodu niz ingo dzien wczesniej.

wysadzilismy sie na stacyjce, z ktorej niemal od razu zabralismy sie z jakims holendrem. jak podjezdzal pod dystrybutor przyuwazylem tablice i to, ze jest ciemnej karnacji. powiedzialem kasi zeby z nim zagadala, bo jest blondynka. gosc byl mlody i chetny do pomocy. nie tracil tez czasu, bo spieszylo sie mu do pracy. przez to mylily sie mu drogi. raz pojechalismy jakos zle w niemczech, drugi raz zgubil sie juz w holandii, tym razem na nasza korzysc, bo miast jechac prosto na polnosc jechal w strone amsterdamu. zorientowal sie dopiero w okolicach arnhem. tamtez tas wysadzil. my zrobilismy sobie przerwe prawie obiadowa, bo to wczesne popoludnie bylo.

w holandii lapanie stopa nie szlo juz tak latwo jak w niemczech. musielismy czekac jakies 15 minut zanim zatrzymal sie ktos kto nas zabral. gosc jechal do amsterdamu, wiec nie bylo juz wysiadek, przesiadek. na dodatek jechal do interesujacej nas dzielnicy - zeeburg. doskonale mowil po angielsku, wiec problemow sie z nim dogadywalismy. kiedy byl troche mlodszy (byl przed czterdziestka) takze jezdzil po swiecie stopem i spal pod namiotem. zawiozl nas pod sama brame kempingu o tej samej nazwie co dzielnica.

kemping zeeburg polozony jest na malej wysepce pomiedzy kanalami, polderami i mostem. nad namiotami unosi sie wyrazny zapach marihuany i panuje atmosfera niezwyklego wyluzowania. spotkalismy tam tez mojego znajomego - krzyska, ktory mnie zainspirowal do tej podrozy i jego brata - wojtka. przez nastepny dzien, dwa postanowilismy trzymac sie razem, bo oni choc wyruszyli kilka dni wczesniej dotarli tylko kilka godzin przed nami. ta sama trase pokonali w tydzien, my nie liczac straconych godzin w berlinie wlasciwie w dwa.

nastepnego dnia byla niedziela. jednym slowem wszystko zamkniete, az do magicznej godziny 11:00. wtedy to otwieraja podobno jakis supermarket, ktory wielkoscia i wyborem asortymentu przypominal osiedlowy samoboslugowy. no ale byl czynny, wiec swieze pieczywo bylo rarytasem tamtego popoludnia. oblowilismy sie niezle. pozniej postanowilismy pojechac do miasteczka nadmorskiego, ale cena 8 euro w jedna strone od ryja skutecznie nas przed tym powstrzymala. szczegolnie, ze zaczynalo robic sie pozne popoludnie. no a morze wyglada jak morze, wszedzie tak samo. leniwa niedziela.

w poniedzialek chlopaki stwierdzili, ze czas wypoczynku sie skonczyl i musza sie za robota rozejrzec. my postanowilismy pozwiedzac miasto. oczywiscie pieszo, bo do centrum mielismy moze 20 minut, najwyzej pol godziny. mnostwo kanalow, kanalikow, wszelkiego ustrojstwa hydrotechnicznego, domki takie 'bajkowe'. wszystko zreszta robi takie wlasnie wrazenie. muzeum seksu jak to muzeum seksu - wszystko czego tylko erotoman sobie moze zazyczyc. my erotomanami nie bylismy, wiec zaspokoilismy swoja ciekawosc tylko. znacznie ciekawsze wydalo sie nam muzeum figur woskowych. i wizyta w nim bylaby o niebo ciekawsza gdyby na samym poczatku nie padly nam baterie. pozostalo tylko ogladanie - fajne, nie? - no, fajne. zaliczylismy tez coffieshopa, ale bez dokonywania transakcji, bo 15 euro za pol dzialki to zdecydowanie za duzo. poznym wieczorem wracalismy uliczkami na zeeburg. wschodnia strone miasta mielismy chyba opanowana na pamiec.

przychodzi taki moment, ze trzeba chwile od siebie odpoczac. szczegolnie jesli przebywa sie ze soba nonstop dzien w dzien. postanowilismy, a wlasciwie ja postanowilem ustanowic wtorek takim dniem. a przynajmniej kilka godzin. mimo protestow kasi chcialem pobyc troche samemu, pochodzic uliczkami, pomyszkowac w zakamarkach. pewnie we dwoje moglibysmy tez, moze nawet byloby wtedy fajniej, no ale czasem trzeba pobyc samemu.

czas amsterdamu w tej podrozy dobiegal konca. ale wydostac sie z niego bylo trudniej niz dostac. szczegolnie, ze bylismy dokladnie po drugiej miasta, jakby w przeciwnym kierunku, w ktorych chcielismy sie udac. nic nie pomagalo, ze stacja, itp. w koncu znalazl sie ktos jadacy pod amsterdam na zachod, zabral nas. trafilismy w okolice lotniska schipol. tam po chwili zabral nas gosc jadacy do rotterdamu, wlasciwie wracajacy. i gdyby nas to miasto interesowalo to moglismy jechac z nim do konca. nam jednak chodzilo o bruksele albo antwerpie, tak wiec wysiedlismy po drodze. tu tez dlugo nie czekalismy i pierwszy raz jechalismy tirem. gosc byl dziwny, niby mily, ale strasznie lubil narzekac. szczegolnie na euro, unie europejska, sasiadow, swoich. w pewnej chwili nie za bardzo wiedzielismy jak zachowac gdy strzelil, ze za ich pieniadze unia kupuje polskim kierowcom samochody, ktore zabieraja im prace. no ale zawiozl nas prawie do samej granicy z belgia. nie bylo jeszcze ciemno, ale zaczely sie problemy ze zlapaniem stopa. jedyny, ktory zgodzil sie nas zabrac mial za malo miejsca i poczekac musielismy do rana. w miedzyczasie kasia wylapala jakiegos tirowca, ktory wyruszal o 7 rano i jechal prosto do brukseli. noc pod namiotem w lesie przy autostradzie, nie bylo najgorzej. choc przezylismy dziwna chwile gdy idac boczna drozka nagle rozlegl sie halas, wszystko zaczelo blyskac, w pierwszej chwili pomyslalem, ze to ufo, a to przejazd sie zamykal, by po chwili pociag mogl przemknac. takiej choinki w zyciu wczesniej, ani pozniej nie widzialem.

tirowca nie bylo, wiec musielismy poszukac kogos innego. trudno, bo to mglisty poranek. my senni, ludzie tez. w koncu znajduje sie chetny nas zabrac. do antwerpii. nie dogadalismy sie tylko, bo on jechal do portu, a my chcielismy do miasta. to byl chyba nasz najbardziej przygnebiajacy poranek w czasie tej podrozy. miejsce gdzie diabel mowi dobranoc. miasto kontenerow, poukladanych w stosy, pnacych sie do gory jak wiezowce. miedzy uliczkami z kontenerow przemykaja tylko ciezarowki, czasem same ciagniki siodlowe, ludzi mozna spotkac tylko na stacji. w koncu jakis gosc sie lituje nad nami i zabiera na druga stacje, po drugiej stronie portu. najpierw sie krzywimy, ale on mowi, ze stamtad predzej zlapiemy cos w strone miasta czy nawet dalej, bo zdarzaja sie hiszpanie tam, a francuzi sa norma. i faktycznie samochody stoja na hiszpanskich i francuskich blachach, kierowcy angielskiego nie czaja. i sa gotowi zabrac, ale sama kasie. na co oczywiscie oboje sie nie godzimy. w miedzyczasie zagaduje nas jakis belg, pyta sie czy bedziemy eszcze tu okolo 10. na co my, ze jesli nikt nas nie zabierze to bedziemy. przez te poltorej godziny nic sie nie zmienia i gosc, zgodnie z tym co mowil zabiera nas z tego zapomnianego przez boga miejsca. jest z antwerpii, ale wiezie nas na stacje za miastem zeby latwiej bylo nam zlapac cos dalej. jest pol belgie, pol hiszpanem, a za zone ma francuzke. ciekawy miszmasz. na stacji za antwerpia idzie zdecydowanie lepiej, choc wiemy, ze musimy posuwac sie teraz malymi krokami, rzadko kto jedzie dalej niz do najblizszego wiekszego miasta, czyli jakies 40 do 50 kilometrow. zabieramy sie z polakiem, ktory jezdzi ta trase od lat. jedzie do gandawy, troche nam nie podrodze, bo naszym celem stal sie teraz paryz. nieodwolalnie, nawet jesli mielibysmy jeszcze jedna noc spedzic przy autostradzie. na parkingu prawie od razu, co jest dla nas zaskoczeniem, zatrzymuje sie gosc limuzyna. zabierze nas pod granice sama. jest starszy, okolo 60, w mlodosci oczywiscie podrozowal, teraz prowadzi interesy i nie jest eurosceptykiem. chwali sobie to, ze polska wejdzie do unii. mowi biegle angielskim i mimo wieku jest swobodny w sposobie bycia. jest ewenementem na tle poznanych ludzi w belgii i holandii. moglbym go uznac za swiatowego czlowieka, ktory niejedno widzial i ktorego zycie nie ogranicza sie do domu, pracy i drogi pomiedzy. rozmowa z nim to przyjemnosc. gdyby nie musial jechac do lille to z przyjemnoscia zawiozlby nas do samego paryza i dziwnie mu wierzymy. po przejechaniu z nim tych kilkudziesieciu kilometrow zaczynamy wierzyc, ze teraz pojdzie latwiej ze zlapaniem stopa. niestety ostatnia stacja przed granica z francja okazuje sie najgorsza do zlapania stopa do francji. a to dlatego, ze wiekszosc to francuzi, ktorzy naleza do wyjatkowo malo sympatycznych osob. po blisko trzech godzinach, co jest chyba rekordem w tej podrozy, trafiamy na belga jadacego do clarmond ferrand. bedzie jechal przez obwodnice, ale gotow jest podrzucic w dowolne miejsce paryza. okazuje sie niesamowicie przyjemnym czlowiekiem. trzy godziny zlatuja niewiarygodnie szybko wtedy tez kasia staje sie kate i zostaje dla mnie taka juz na zawsze. wysiadamy w samym paryzu, juz wewnatrz peripherique. pozostaje nam tylko dostac sie w okolice lasku bulonskiego, gdzie miesci sie kamping. najpierw jedziemy jakims autobusem na gape, pozniej metrem i wysiadamy na pont de neuilly, dokladnie naprzeciw dzielnicy la defense. no i idziemy wzdluz sekwany, dosc dlugo. gdzies miedzy drzewami miga nam wieza eiffla. docieramy na miejsce i to jest koniec na ten dzien. jestesmy zbyt zmeczeni zeby ruszyc sie gdziekolwiek, nawet na druga strone sekwany, do dzielnicy la defense.

nic tak nie psuje podrozowania jak brzydka pogoda, deszcz. przed poludniem jest tylko szaro. idziemy sobie przez lasek bulonski, ktory jest wedlug polskich kategorii klepiskiem z powtykanymi gdzie niegdzie drzewami, zaniedbanym jak sie tylko da terenem zielonym. z wyjatkiem malego skrawka robi jak najgorsze wrazenie. mijamy tory wyscigowe i w koncu ukazuje sie nam ona - symbol paryza, wieza eiffla. oczywistym jest, ze obieramy na nie kierunek. paryz nie zachwyca, jest cos co mnie zniecheca do tego miasta. pycha polaczona z duma, wywyzszanie sie i nieuprzejmosc. choc to dopiero poczatki. gdyby nie pewne zdarzenie to bysmy swobodnie uznali, ze jest to miasto wylacznie zamieszkane przez chamow. na ktorejs ulicy podeszla do nas starsza babka. zapytala sie po angielsku czy jestesmy z polski. odpowiedzielismy, ze tak, a ona na to z usmiechem 'god bless you'. byl to jakby nie patrzec wyraz sympatii do naszego kraju. poszlismy mile polechtani, choc humory nam popsuly tlumy pod wieza. dzikie tlumy. ostatecznie decydujemy sie wjechac na gore, bo wejsc na piechote nie mozna. a byc w paryzu i nie wjechac na gore to tak troche nie tak. zreszta jest jedynym co robi na mnie pozytywne wrazenie. normalnie az sie mi westchnelo, bylo to bowiem spelnienie jednego z moich chlopiecych marzen. niestety na samym szczycie zaczyna padac i dalsza wedrowka zaczyna byc utrapieniem. wlasciwie to mzy, i w innych okolicznosciach by mnie to obeszlo, ale w tym miescie wszystko co nie jest w pelni dobre jest zle. w okolicach placu concorde nie jestem juz w stanie ukryc niecheci do tego miasta. podkreslam ja na kazdym kroku. gdy przestaje padac i robi sie odrobine przyjemniej troche mi to przechodzi zeby wrocic w momencie gdy nie mozemy pojechac metrem. automatu biletowego nie ma, kasa zamknieta. bramki tak samo. bramki to jest zle okreslenie. to byly normalnie sezamy otwierane magiczna karteczka. oczywiscie znalezlismy na to sposob. ja przeciskalem sie nad wejsciowymi i udajac wychodzenie otwieralem dla kate bramy wyjsciowe. system, ktory zawiodl tylko raz. gwozdziem do tej trumny byly zakupy, w czasie ktorych za pol chleba zaplacilismy 3 euro. nawet za butelke calkiem niezlego wina zaplacilismy mniej.

jeden dzien w tym 'urokliwym' miescie wystarczyl. drugiego nie trzeba bylo. niestety, on nie chcial nas tak szybko wypuscic. w recepcji okazalo sie, ze musimy zaplacic za jeszcze jeden dzien, bo wymeldowywanie jest tylko do poludnia. po nim nie ma zadnego wymeldowywania sie. szlag mnie trafil, ale co zrobic, innej rady nie bylo. poddalismy sie. nawet z deszczem sie pogodzilismy. jakby go nie bylo. zarzadzilem wycieczke na gare de lyon, w celu zakupienia biletow na pociag TGV. tym wlasnie pociagiem chcialem sie przejechac, a lyon byl naszym kolejnym punktem programu. kate chciala w drodze na dworzec wstapic do luwru, wiec wysiedlismy w okolicy. niestety muzeum bylo juz zamkniete, choc bylo ok 16:30. pochodzilismy wiec po ogrodzie i pojechalismy metrem na dworzec. pokrecilismy sie troche po nim i kupujemy, a wlasciwie ja kupuje wbrew protestom, bilety na dzien nastepny, na godzine 15:00. pozniej byla mala sesja zdjeciowa na peronie. moje podniecenie pociagami TGV udzielo sie kate. kiedy wyszlismy z dworca juz nie padalo, zrobilo sie calkiem przyjemnie i miasto w koncu pokazalo nam swoje bardziej przyjazne oblicze. przez te kilka godzin spacerujac po centrum, w okolicach katedry notre damme i wyspy la cite powoli zmienialismy zdanie o tym miescie. moze niekoniecznie na calkowicie pozytywne, ale przynajmniej nie znienawidzilismy go do konca. a tak moglo stac. nawet podroz metrem sprawila nam przyjemnosc. niemniej dwa bilety w reku cieszyly nas najbardziej.

na dworzec dotarlismy grubo ponad godzine przed odjazdem, nie chcielismy sie spoznic. nawet nie pamietam jak nam ten czas minal, gdzies tam wychodzilismy. a to kartki kupic, wypisac i nadac, a to obejrzec okolice przy pelnym swietle dziennym, w nocy robila lepsze wrazenie. taka rozswietlona, przyjemna, wrecz kameralna w dzien byla odarta z tego uroku, halasliwa. nadeszla godzina odjazdu i chyba przezylismy male rozczarowanie. pociag jechal wolno, nawet za miastem sie mu nie spieszylo. dopiero od jakiegos stromego podjazdu zaczal jechac tak jak mozna byloby sie tego spodziewac. po dwoch godzinach bylismy na part dieu w lyonie. i za bardzo nie wiedzielismy co dalej. brak informacji turystycznej, nikt nie mowi po angielsku, na dodatek tutaj tez zaczyna padac. w koncu ktos nam objasnia, ze powinnismy udac sie na plac bellecour, tam jest informacja turystyczna. i faktycznie tam byla. nawet dziewczyna mowila po angielsku i nie bylo problemow zeby sie dogadac. niestety w lyonie i okolicach byly tylko dwa kempingi, my wybralismy tez w saint genis laval. musielismy sie udac na dworzec perrache i stamtad lapac autobus w kierunku. i to bylo mile przyjecie z lyonem, bowiem ludzie w tym miescie zachowywali sie zupelnie inaczej niz w paryzu. nie wywyzszali sie, byli uprzejmi, pomocni, nawet jak nie znali jezykow to probowali sie dogadac, wyjasnic. dotarlismy do saint genis laval, akierowca autobusu zatrzymal sie przy samej brami, mimo, ze 200 metrow dalej byl przystanek. w pewien sposob bylismy oczarowani tymi przedmiesciami lyonu. po halasliwym i nieznosnym paryzu ta cicha i spokojna okolica byla tym czego potrzebowalismy. na kempingu oprocz nas byly tylko dwie dziewczyny z polski, ktore udzielily nam roznych przydatnych informacji. chocby takich, ze calkiem niedaleko jest normalny hipermarket z cenami niewiele wyzszymi niz w polsce. bylo to o tyle cenne, bo juz mialem dosc wyzerania puszek, i zup instant. potrzebowalismy czegos swiezego, owocow, itd.

nastepnego dnia dopiero sie pokazalismy wlascicielce kempingu, zaplacilismy za noc i jak sie okazalo te 5 euro bylo jedynymi jakie musielismy zaplacic za cale piec dni pobytu. warunki moze nie byly super, ale darowanemu koniowi nie patrzysie w zeby. nawet jesli ktos by sie nas zapytal o pieniadze to placilibysmy je z o wiele wieksza przyjemnoscia niz w paryzu. a, ze nikt sie nie pytal to nie placilismy. zreszta tylko ten jeden raz widzielismy wlascicielke. tego samego dnia udalismy sie tez na zwiedzanie lyonu. byl bardziej spacer po miescie niz zaliczanie turystycznych atrakcji. a bylo calkiem przyjemnie. pogoda sprzyjala, ludzie byli mili, nam sie nigdzie nie spieszylo. cos tam przebakiwalismy o barcelonie, ale po prostu nie chcialo nam sie ruszac z lyonu. relaks pelna geba.

juz w srode te przebakiwania postanowilismy zmienic w czyny. nawet sie spakowalismy przy okazji klocac o jakas pierdole i wzajemnie strzelilismy focha. efekt byl taki, ze po dwoch godzinach lapania stopa wrocilismy na obozowisko i na powrot rozbilismy namiot. rozesmialismy sie sami z siebie i przestalismy sie fochac. my sie cieszylismy, za to niemcy, ktorzy rozbili sie obok nie bardzo. wygladali na takich co spanie pod namiotem traktuja jako fanaberie, poddanie sie jakiejs modzie. w zaden sposob nie przypominali ludzi, ktorych spotykalismy na kempingach. ani pod wzgledem wygladu, bardzo wymuskanego, ani pod wzgledem zachowania, bardzo wznioslym. denerwowalo ich kiedy my urzadzalismy sobie posiadowki przed namiotem do polnocy, czasem dluzej. w zaden sposob nie chcieli sie integrowac. nawet gdy przybyl nam jeszcze jeden sasiad, takze niemiec, zachowywali sie jakby mieli do czynienia z motlochem, oni, arystokraci.

dzien po strzelaniu fochow znowu sie zwinelismy i udalismy na miejsce, z ktorego probowalismy lapac stopa. z marnym skutkiem. ja zreszta bylem bardziej zainteresowany smsowaniem z kolezanka, ktora wkrotce miala przestac byc tylko kolezanka. rzadko, prawie wcale zatrzymujace sie samochody tez nie nastrajaly optymizmem. zaczalem przebakiwac o innej formie podrozowania, np. autokarem. az przyszedl sms 'chcialabym sie przytulic i poczuc cieplo, tak jak wtedy'. zaskoczenie moje bylo wielkie, bo nigdy sie nie przytulalismy. zapytalem wiec do kogo chcialaby sie przytulic i poczuc to cieplo? odpowiedziala, ze oczywiscie do mnie. nie zdazylem niczego odpowiedziec, telefon sie mi rozladowal. przed oczami stanely mi slowa z 'alchemika': 'wiatr sie wzmogl. byl to afrykanski lewant. nie przyniosl ze soba ani zapachu pustyni ani grozby najazdu maurow. za to niosl zapach, ktory tak dobrze znal, i pocalunek, ktory powoli, bardzo wolniutko opadl na jego usta. usmiechnal sie. uczynila to po raz pierwszy - jestem, fatimo - powiedzial - ide do ciebie'. wlasciwie to poczulem sie jak postac w tej scenie. wiedzialem, ze dalej jechac nie bede. oznajmilem to kate i zgodnie oboje udalismy sie na dworzec perrache w celu zakupienia biletow do polski. tu byl maly zonk, bo gosc w biurze udal, ze nas nie widzi, poniewaz nie mowilismy po angielsku. za to pracujaca z nim dziewczyna okazala sie polka i dowiedzielismy sie wszystkiego czego potrzebowalismy. autobus byl dnia nastepnego, godzina 14:30, bilet 102 euro. rady innej nie bylo, kupilismy. wrocilismy po raz ostatni na nasz kemping i wieczorem zrobilismy sobie impreze pozegnalna. mielismy w nosie niemiecka 'arystokracje', raczylismy sie winem i gwizdalismy motyw przewodni z 'desperado'.

kolo poludnia zwinelismy po raz ostatni w czasie tej podrozy namiot i pojechalismy na dworzec. dziwnie nam bylo. z jednej strony oboje cieszylismy sie, ze wracamy do kraju. z drugiej krazyla po naszych glowach mysl o barcelonie i hiszpanii jako takiej. ale obiecywalismy sobie, ze kiedys tam pojedziemy, ze wrocimy do lyonu. jak nie razem to kazde z osobna.

trzydziestodwugodzinna podroz autokarem to jest jednym slowem masakra. wyspac sie nie ma jak, przejsc nie bardzo, a kiedy jest przystanek to wychodzic sie nie chce. razem z kate jechalismy tylko do mediolanu,w ktorym to kazde musialo sie przesciasc w autobus jadacy do jego miasta. od mediolanu jakby mnie nie bylo, myslami bylem zupelnie gdzie indziej. tam skad jechalem i tam dokad zmierzalem. jakby terazniejszosc nie istniala, a gdy dawala o sobie znac, to irytowalo to mnie. momentem przewodnim bylo 'o sobie samym' gawlinskiego. slowa 'kiedy tak patrzysz na mnie i czuje twoj lek,
taki sam jak moj, przed nieznanym...'
oddawaly doskonale rzeczywistosc. ale krylo sie w nich tez cos pozytywnego, dajacego nadzieje. z kate spotkalismy sie na moment jeszcze w krakowie, gdzie naszee autobusy mialy postoj. z tym, ze jej nieplanowany.

do domu dotarlem okolo 23. niemal natychmiast polozylem sie spac, nawet sie nie rozpakowujac. rano mialem przeciez w planach zrobic niespodzianke, pojechac do olsztyna. oczywiscie zaspalem na pierwszy pociag, ale zlapalem drugi i dopiero na miejscu wlaczylem telefon. caly plan sie powiodl.

przez nastepne kilka miesiecy moje zycie zupelnie sie zmienilo, moglo na dluzej, ale nigdy nie zalowalem tego, ze wrocilem w tamtym wlasnie momencie. ta podroz byla jakby klamra zamykajaca pewien rozdzial zycia, ktory zaczal sie przeczytaniem 'alchemika'. rozdzial, bardziej okres przejsciowy pomiedzy jednym zyciem a drugim, zupelnie od siebie odmiennymi. bo nic juz nie bylo takie same zanim wyruszylem pierwszy do wenecji. nic. kiedys ta podroz miala tytul 'witaj wielki swiecie' i pewien sposob ten tytul byl dla mnie proroczy. wielki swiat mnie przywital. wtedy dalismy mu rade razem, pozniej dalem mu rade samemu.


17 VII - 2 VIII 2003 warszawa > berlin > amsterdam > paryz > lyon > warszawa - 'damy rade razem'


© szorstky 2003 - 2014