główna       podróże       galeria       drogi       fotoblog       o mnie       kontakt



'totalne szaleństwo vol. I'

przez ponad rok od poprzedniej podrozy wiele sie zmienilo w moim zyciu. zmienilem sie tez ja sam. wlasciwie to niewiele bylo tak samo jak kiedys. nawet znajomi sie powykruszali, prawie wszyscy. ostal sie tylko kolega od ksiazki.

nadchodzil weekend, a mnie nosilo. szczegolnie, ze ten weekend zapowiadal sie wyjatkowo malo ciekawie, takze ze wzgledu na pogode. moze nie byla ona szczegolnie fatalna, ale jak na druga polowe maja mozna byloby oczekiwac lepszej. nie chcialem sie dolowac.

bylo piatkowe popoludnie, jechalem na dzialke koncowka trasy torunskiej, tuz przy rondzie zeslancow syberyjskich. oczywiscie korek, w tunelu samochody posuwaly sie bardzo wolno. wiecej sie wlasciwie stalo niz jechalo. i tak sobie patrze na swiatla samochodow stojacyh przede mna. swiatla, tunel, cos mi to jakos mowi. ale co? tak jakbym juz to kiedys widzial. ale to nie jest zadne deja vu, to jest konkretne wspomnienie. musze sobie tylko skojarzyc z miejscem. chyba takie tunele fajna sa jak sie jedzie przez alpy w austrii. alpy, austria i nagle olsnienie. eureka! wyjezdzajac z tunelu na rondo juz wiedzialem gdzie spedze weekend.

szybko dojechalem na dzialke, zostawilem to co mialem zawiezc. zabralem to co mialem zabrac i z porotem do domu. paszport, kilka rzeczy do plecaka. pozniej rownie szybko do banku i w droge.

jade katowicka, a razem ze mna dziesiatki, setki innych samochodow. w tym samym kierunku. po co i dokad to juz nie moja sprawa, ja jade przed siebie. z czasem liczba samochodow sie zmniejszyla. slonce bajecznie zachodzilo za pagorkami i jeszcze gdzie niegdzie przeswitywalo przez mijane drzewa. muzyka grala, cicho, nastrojowo. zupelnie niczym antyczny chor komentujaca sytuacje.

coraz bardziej sciemnia sie. przed Piotrkowem korek. godzina z glowy. kilka razy przez glowe przebiega mi czy aby nie zawrocic, bo dluzy sie to czekanie i dluzy. ale znowu jede, jest juz ciemno, samochody to tylko smugi swiatel omiatajacych interesujace je skrawki drogi, blaski pozycji i odblaski znakow, kocie oczka. a na niebie wisial w pelni ksiezyc, superszpieg. nocna jazda ma bez watpienia niepowtarzalny urok.

wjezdzam do Czech, gdzie w ogole mi sie nie podoba. jest tak jakos nijako. ani ladnie, troche smutno. jak najszybciej dotrzec do austrii. na granicy celnik nawet nie sprawdza mi paszportu tylko od razu otwiera szlaban (szok!). kiedys byly szczegolowe kontrole, a juz wtedy... unia czyni cuda? w wiedniu zaczyna sie autostrada i mozna ciac ile fabryka dala. oczywiscie bez przesady, ale chyba nie bylbym soba gdyby mnie policja nie zatrzymala. troche za bardzo sie rozpedzilem (125 zamiast 80). ale panowie byli mili, mowili po polsku i dali mi spokoj. zyczyli nawet milej jazdy.

gdy wjezdzalem w gory zaczynalo switac, jakis czas ksiezyc toczyl walke o niebosklon z pierwszymi promieniami slonca, ktore pozniej systematycznie zaczynaja pokrywac kazdy skrawek ziemi rozgrzewajac go po zimnej (-2)nocy.

gdy slonce stalo juz wysoko wjechalem do wloch. tu zaczyna sie jakby inna kraina, bardziej radosna, nawet delikatnie bajkowa. o niepowtarzalnym uroku, zgrabnie przecieta piekna autostrada, ktora wije sie u podnozy gor. nic tylko glowa krecic dookola i podziwiac, gdyby nie to, ze na droge trzeba patrzyc.

po 13 godzinach jazdy dojechalem do wenecji i wbilem sie na parking. zostawilem caly dotychczasowy swiat i oddalem sie urokowi tego, mimo wszystko, niepowtarzalnego miasta. ruszylem na spacer po uliczkach i zaulkach. mijalem rozne sklepiki i malutkie punkty gastronomiczne. im blizej centrum tym robilo sie coraz wystawniej, butiki znanych projektantow i coraz wiecej bankow. mialem nawet wrazenie, ze to miasto jest jakby specjalnie stworzone tylko dla zakochanych i dla bogaczy. najlepiej bogatych zakochanych. moze to tylko wrazenie.

oplotkami minalem pelen golebi i ludzi plac sw. marka i poszedlem nadbrzezem, gdzie czekaja na turystow gondole i statki wycieczkowe. dalej, przy nabrzezu cumowal jeden taki naprawde wielki statek morski. robil wrazenie z bliska. i jakbym nie liczyl za kazdy razem wychodzilo mi 13 pokladow. ogladajac 'brillance of the sea' zaskoczylem siebie, bo naszla mnie refleksja na temat katarzyny. doszedlem do wniosku co mi w niej przeszkadzalo i czasem tak mnie denerwowalo, a nie potrafilem tego nazwac. skarcilem sie, ze byc moze nie powinienem nawet tak myslec, ale ona wydala sie mi taka prostacka, czasem az do bolu. szczegolnie patrzac z perspektywy tych kilku miesiecy od rozstania. cholera, ze tez musialem tyle przejechac aby po takim czasie sobie to uzmyslowic...

powoli zaczynalem wracac, ale jeszcze dluzsza chwile chcialem sie poopalac i popodziwiac lido. na mysl przyszla mi taka piosenka maanamu 'luciola'

'portowa dzielnica
wszystko ma slony smak
slone wlosy, slona skóra
slony wiatr'


dokladnie tak sie czulem. wszystko bylo jakby posolone. tak intensywnie, ze nie potrafilem tego opisac slowami. wydawalo sie mi, ze taki zapach czulem kiedys raz, w Barcelonie.

wracajac mijalem ludzi i uzmyslowilem sobie, ze nie spotkalem tam zadnego polaka. slyszalem rozne jezyki swiata, nawet chyba suahili, ale ani slowa ojczystej mowy. dobrze mi robila ta alienacja. pelne uroku byly te waziutkie uliczki i zakamarki, w ktore nikt nie zaglada. tak malo czasu mialem aby to wszystko zobaczyc.

idac szukalem jakiejs knajpki na uboczu, tak zeby nie siedzialy tam tlumy wyglodnialych i rozwrzeszczanych turystow z calego swiata. gdzies gdzie w spokoju sobie moglbym posiedziec i odetchnac. znalazlem taka i spelnilo sie to po co wlascie tam pojechalem. wloska pizza na wloskiej ziemi. chwila spokoju, zadumy, prawie nirwany po tych wszystkich intensywnie spedzonych godzinach.

pozniej juz tylko parking i do domu. wyjezdzalem obiecujac sobie,ze kiedys tam wroce, chocby po to zeby odkryc to co nie zostalo przeze mnie jeszcze odkryte. po godzinie jazdy w skutek silnego slonca poczulem sie zmeczony i zrobilem sobie godzinna drzemke. juz mi lepiej. wjezdzam w dolomity i w blasku zachodzacego slonca moge podziwiac znowu ich niepowtarzalny urok. cale one byly takie piekne i niesamowite. az zal bylo mi wracac. staralem sie nie myslec, ze czeka mnie jeszcze tyle godzin jazdy przez austrie i czechy, ktore chcialem tylko przeskoczyc i byc juz w polsce. kolo godziny trzeciej w nocy sie mi to udalo.

minalem tychy i na obwodnicy slaska zaczynalem liczyc, ze powinienem byc w warszawie okolo 7 rano. to liczenie zostalo przerwane przez dziwny wstrzas. po chwili zorientowalem sie, ze chyba trafilem... jelenia. na srodku drogi ekspresowej, gdzies posrodku gluszy. zadnych samochodow, ludzi, nic. i musial sie mi trafic przebiegajacy przez jezdnie jelen. na domiar zlego bateria w telefonie byla bliska wyczerpania. i padla gdy na infolinii towarzystwa ubezpieczeniowego probowalem wytlumaczyc gdzie jestem zeby wiedzieli gdzie przyslac assistance. na szczescie udalo sie mi zatrzymac jakis przejezdzajacy samochod i dokonalem reszty formalnosci.

cale pozostale 300 km do warszawy pokonalem na holu. z tego zmeczenia nie mialem nawet sily byc zly na to wszystko. tym bardziej, ze do domu dotarlem poznym popoludniem.

efektem tego zdarzenia bylo to, ze przekonalem sie, ze bez samochodu sa sie zyc. i to nawet calkiem przyjemnie. przekonalem sie, a wlasciwie po latach niejezdzenia odkrylem pociagi. jedno i drugie mialo i ma wielkie znaczenie do dnia dzisiejszego. zas sam wypad traktuje bardziej w kategoriach punktu zwrotnego niz podrozy czy tez wyprawy.


16 - 18 V 2003 warszawa > venezia > myslowice > warszawa


© szorstky 2003 - 2014