'); newWindow.document.write('+alt+'); newWindow.document.write(''); newWindow.document.close(); newWindow.focus(); } //-->
Strona Machiny Pixele Filmy Prenumerata Forum Blog
 
 
 

 
Twój email:


 

Obudził się z nagłą myślą, żeby wyjechać na działkę.
Kiedy wsiadał do swojego cinquecento nie przypuszczał,
że na działkę tym razem
nie dojedzie navigare necess est

Anna Olczyk

Mężczyzna jest z natury podróżnikiem. Kobiety skarżą się często, że faceci siedzą przed telewizorem, a one przecież nie po to z nimi są, żeby się wspólnie nudzić. Bo dopiero mężczyzna samotny, bez kobiety, czuje się wolny. I może jechać przed siebie, na przykład do Sarajewa. Dlaczego właśnie tam? Bo kilka dni wcześniej to miasto mu się przyśniło H Anna olczyk

Zaczęło się od książki, w której Michał przeczytał, że "jeśli czegoś naprawdę pragniesz, to cały wszechświat potajemnie sprzyja temu pragnieniu". A jeszcze wcześniej była inna książka, z której najlepiej zapamiętał fragment o mężczyznach podróżnikach i ograniczających ich kobietach. Bo tak naprawdę to na początku była... kobieta właśnie. Dziewczyna, z którą akurat nie układało się najlepiej. Pewnego marcowego ranka 2002 roku, tuż po kolejnym nieporozumieniu obudził się z nagłą myślą, żeby wstać, ubrać się i wyjechać na podwarszawską działkę. Kiedy wsiadał do swojego cinquecento nie przypuszczał, że na działkę tym razem nie dojedzie. W samochodzie ze zdziwieniem zauważył, że ma paszport. Zamiast prosto w kierunku działki, pojechał w prawo. O świcie był w Częstochowie i było mu mało. Kolejne miasto: Cieszyn. Ale jeśli Cieszyn, to czemu nie Brno. A potem Wiedeń. I taka dobra autostrada, że szkoda z niej zjeżdżać. Wreszcie jasno sprecyzowany cel: Wenecja. Wtedy nawet mu przez myśl nie przeszło, że te długie godziny spędzone samemu, odmienią jego życie. Dotarł do tabliczki z napisem Venezia i zawrócił w stronę Polski. "Dotarłem do celu, nie skonsumowałem go może, ale dotarłem". Tysiąc trzysta kilometrów w jedną stronę. Trzy tygodnie później pojechał do Wenecji jeszcze raz. A potem znowu w grudniu. W obu przypadkach nie dotarł na miejsce. Więc w końcu wrócił tam znowu. Równie spontanicznie, jak za pierwszym razem - znowu jechał na podwarszawską działkę, po drodze miał do pokonania tunel, który przez moment przypomniał mu te w Alpach. "Alpy, Austria... i nagle eureka, wyjeżdżając z tunelu już wiedziałem, gdzie spędzę weekend". Trzynaście godzin później spacerował po Wenecji. Ale dopiero kiedy usiadł w małej knajpce i zamówił pizzę zrozumiał, że właśnie po to tam pojechał: włoska pizza na włoskiej ziemi! Powrót do domu nie był już taki szybki. W nocy, już w Polsce, gdzieś na autostradzie za Tychami, trafił na jelenia. Ostatnie trzysta kilometrów pokonał na holu. To zdarzenie okazało się być punktem zwrotnym: po pierwsze Michał odkrył, że można żyć bez samochodu, a po drugie przypomniał sobie, że istnieją pociągi.

Michał ma 28 lat, jest warszawiakiem. Nie ma pracy. Czuje, że realizuje się gdzie indziej, może robić "coś w biurze" i wzrusza ramionami. Chodzi w bojówkach i czerwonej koszulce z napisem Belgrade. W stolicy Serbii był już cztery razy. Nosi jeszcze plecak. Zwykły, niewielki, nawet niespecjalnie wypchany. W każdej chwili, tak, jak stoi, może jechać przed siebie. Wystarczy, że wpadnie mu do głowy pomysł - cel. Dziś tej pierwszej, weneckiej wyprawy nie nazywa podróżą, tylko "wypadem", choć wtedy, ze względu na przeżycia, traktował to inaczej. Teraz to dla niego "żaden problem, tysiąc dwieście kilometrów, przy dobrych wiatrach i samochodzie - dwanaście godzin i jesteś na miejscu". Ale prawdziwa podróż to na przykład Afryka.

Do Afryki pojechał w lutym tego roku. Film drogi zaczynałby się tak: pewnej nocy siedzi przy komputerze i na stronach Wikipedii czyta coś o Egipcie. Palcem po (internetowej) mapie podąża z Egiptu do Sudanu, potem do Etiopii i dalej, do Republiki Środkowoafrykańskiej. Już wiedział. Ta podróż potrwa dwa miesiące. Znalazł informację, że na każdą afrykańską wizę potrzebna jest jedna strona w paszporcie; zostało osiem stron. Na styk. W świetle dnia przybyło wątpliwości. Te wszystkie szczepienia, przygotowania, ludzie potrzebują pół roku, żeby taką podróż zrealizować, a nie jak zwykle "dostaję hopla, idę na Dworzec Centralny i jadę". No i pieniądze... Wieczorem w telewizji podano, że zmarł Ryszard Kapuściński. Przypomniała mu się scena z filmu "Chłopaki nie płaczą": jeden z bohaterów, Laska, siedzi na balkonie, pali jointa i mówi o Tonym Haliku - "ktoś musi kontynuować jego dzieło". "I zamiast się zasmucić, że Kapuściński nie żyje, pomyślałem, ktoś musi kontynuować. Powiedziałem sobie: mam dwa tygodnie na przygotowania. A one zajęły mi trzy dni". Tyle potrzebował, aby kupić w ambasadzie wizę do Syrii, zaszczepić się, wymienić pieniądze, kupić leki antymalaryczne. Zrezygnował ze szczepionki na żółtaczkę, bo trzeba ją wziąć z dużym wyprzedzeniem. Podróż miała się zacząć w pociągu do Budapesztu, tym samym, którym wcześniej jeździł już wiele razy. Wyszedł z domu i pomyślał "cholera, tak normalnie się zaczyna podróż do Afryki?! Wychodzisz z domu, jedziesz tramwajem, docierasz na dworzec, który znasz jak własną kieszeń".

Afrykańska przygoda trwała krócej, niż planował. Dwa tygodnie w Egipcie, potem tydzień w Sudanie i tydzień w Etiopii. Tam ukradziono mu paszport i pieniądze. Po wielu perypetiach z policjantami, służbami granicznymi, wszechobecną gigantyczną biurokracją, kiedy nie miał grosza na wodę, na nocleg, na jakikolwiek bilet, kiedy już myślał "ja nie chcę tutaj umierać", stał się cud, a właściwie dwa. Policjanci dali się przebłagać, wystawili potrzebne dokumenty, a przypadkowi goście z dość podłego pensjonatu vis-a-vis komisariatu zapłacili za jego nocleg. Drugi cud: na dnie plecaka leżał zapasowy portfel, w którym było piętnaście dolarów w jednodolarówkach. Wymienił pieniądze, 126 birr. Następnego dnia rano jechał już autobusem do stolicy Etiopii, Addis Abeby. Bilet kosztował 118 birr.

Ten jeden, jedyny raz, kiedy podróż miała trwać dwa miesiące, powiedział komukolwiek, że wyjeżdża. Poza tym nikogo nie informuje, gdzie i na jak długo znika. Podróżuje sam. Dlatego wyjątkową podróżą była wyprawa autostopem. O planach napisał na swoim blogu, szybko zgłosiła się chętna do wspólnej podróży dziewczyna z Opola, Kasia. Żadne z nich nigdy nie podróżowało stopem. Nocami, przez internet, omawiali szczegóły przedsięwzięcia: pociągiem do Berlina, potem Londyn albo Amsterdam. Naprawdę poznali sie dopiero w czasie sześciogodzinnej podróży pociągiem. W Berlinie okazało sie, że nie bardzo wiedzą, co dalej. W hostelach nie było miejsc, nie udało się znaleźć też kampingu, więc rozbili namiot w krzakach koło autostrady. Dopiero popołudniu znaleźli dobre miejsce do łapania okazji. Pierwsi życzliwi zmotoryzowani, młode małżeństwo z małym dzieckiem, przyznali, że sami kiedyś też podróżowali w ten sposób. Tak dojechali do Dortmundu. Leżąc pod nocnym niebem i oglądając gwiazdy zgodnie stwierdzili, że oto przeżywają przygodę, na jaką czeka się całe życie, a przeżyć można ją tylko w młodości. Do Amsterdamu dotarli w dwa dni. Kolejny cel: Paryż. Część drogi pokonali luksusowym volvo.

Kolejny film drogi Michała to "Znikający punkt". Jazda przed siebie, tak po prostu, bez niepotrzebnych przystanków, to było bardzo inspirujące. Musiał znaleźć cel, miejsce możliwie odległe, więc wybrał Gibraltar. Trzy i pół tysiąca kilometrów wydawało się niezłym wyzwaniem, zwłaszcza że plan zakładał pokonanie tego dystansu w 24 godziny. Pewnego wieczoru Michał po prostu wyszedł z domu, bez przygotowań, bez mapy, wziął tylko to, co najbardziej niezbędne, wsiadł do pożyczonego samochodu i wyruszył. Po 29 godzinach jazdy dotarł na Gibraltar - przylądek Europy z widokiem na Afrykę. Małpy, ukradły mu kanapki. Kupił bilet na prom, dostał się na afrykański ląd i zobaczył drogowskaz na Maroko. Niestety, okazało się,

że no visa - no entry. Półtora miesiąca później Maroko zniosło wizy dla Polaków, ale wtedy oznaczało to koniec tej podróży i powrót do domu. W Lyonie kolejna niespodzianka: karta kredytowa odmawia autoryzacji. Problem był poważny: do Polski zostało 1300 kilometrów, do domu 1800, w kieszeni 50 euro, co oznaczało, że benzyny zabraknie jeszcze w Niemczech. 45 litrów w baku, drugie tyle uda się zatankować, do tej pory jeden bak wystarczał na 450-500 kilometrów. Jedyne wyjście - jechać powoli. Już dawno widok tabliczki z napisem Warszawa nie sprawił mu tyle radości. Była czwarta rano. 7997 kilometrów w kilka dni, a w głowie myśl, że mógłby jechać dalej, bo nie czuje zmęczenia. I pomysł na kolejną wyprawę.

Słowo "pomysł" lepiej określa całe przygotowania do podróży, niż "plan". Tak naprawdę nie ma ani planów, ani przewodników, ani map. Jak wtedy, kiedy Michał wyruszył z Gdyni, gdzie przez pewien czas mieszkał, do Bydgoszczy. Właściwie miał tam wyskoczyć tylko na chwilę, żeby pobyć samemu. W plecaku znalazł się aparat ze statywem, szczoteczka do zębów i ubrania na dzień lub dwa. Dziwnym trafem także paszport... Wsiadł w pociąg do Warszawy, potem do Jeleniej Góry, ale po drodze przyszła myśl, aby wysiąść we Wrocławiu i pojechać do Przemyśla. A tam wołała Ukraina.... Lwów, Czop, Uzgorod, Budapeszt, Belgrad, Praga i Batysława. Cała wycieczka trwała dwa tygodnie, a do Bydgoszczy nigdy nie dotarł.

Pewnej nocy Michał miał sen. Był w Sarajewie. Potrzebował dwóch nieprzespanych nocy i co najmniej trzech przesiadek, żeby się tam znaleźć naprawdę. I było dokładnie jak we śnie: droga wiodła przez góry, kopalnie srebra, drogi bez asfaltu, kurz i pył. Miasto okazało się spokojne i ciche, aż trudno było sobie wyobrazić, że kiedykolwiek mogło się tu wydarzyć coś tak strasznego, jak wojna. Następnego dnia pojechał do Gorazde. Po drodze snajperzy rozminowywali teren.

W podróży jest pielgrzymem. Wytłumaczyli mu to muzułmanie, kiedy jechał przez Syrię i Jordanię: pozdrowienie salaam aleykum, "pokój z tobą", traktowane jest przez nich bardzo poważnie. Dla muzułmanina każdy, kto podróżuje, jest pielgrzymem, bo nieważne dokąd idzie, zmierza do Mekki. Dla Michała też mniej ważne jest miejsce, to, co zobaczy u celu; bardziej istotne jest, co tam poczuje, co przeżyje. Pamięta, jak w afrykań- skiej wiosce biegły za nim ulicą małe dzieci, zaczepiały i pytały: "Where are you going?". Odpowiedział bez namysłu, "przed siebie".

 

 

więcej w papierowym wydaniu Machiny.